Dziennikarze dobrze zapamiętali tę obietnicę, ale najwyraźniej zapomniał o niej sam prezes koalicyjnego Polskiego Stronnictwa Ludowego. Kiedy minął termin ultimatum, przedstawiciele mediów zaczęli go energicznie wypytywać, czy wywiąże się ze swojej zapowiedzi.
Piechociński nie podjął żadnych kroków w kierunku zerwania koalicji i doprowadzenia do wcześniejszych wyborów, a w wywiadach mętnie tłumaczył, że wprawdzie podtrzymuje swój krytyczny stosunek do afery, ale w sprawie wyborów konieczne są kroki konstytucyjne. Dlaczego więc ich nie podjął?
Nie po raz pierwszy lider ludowców udowodnił, że jego słowa nie mają żadnej wartości i niefrasobliwie rzuca je na wiatr najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że kompromituje w ten sposób siebie oraz swoją partię. Tym razem zrobił to jednak wyjątkowo niezdarnie, bez odrobiny wiarygodności, nie mówiąc o politycznej charyzmie, której nigdy nie miał. Przed dziennikarzami stanął zagubiony, tchórzliwy człowiek, którego przerosły obie obecnie pełnione role: wicepremiera i prezesa PSL.
Powszechnie wiadomo, że politycy namiętnie i cynicznie kłamią oraz z upodobaniem nie wywiązują się ze swoich obietnic. Są jednak tacy, którzy umieją to robić perfekcyjnie, a nawet z pewnym wdziękiem, nie tracąc uznania w oczach opinii publicznej. Janusz Piechociński robi to tak nieudolnie i tak naiwnie, że słuchając go ma się ochotę krzyknąć za Kmicicem: “kończ waść, wstydu oszczędź!”
















