I właśnie na tej ostatniej trasie obsługiwanej przez kilkudziesięciu przewoźników dysponujących busami oraz autokarami (a jest jeszcze wiele połączeń kolejowych) rozgorzała ostatnio ostra wojna cenowa. Ogromna konkurencja zmusiła właścicieli firm transportowych do wprowadzenia promocyjnych opłat. Najniższa z nich została ustalona na zaledwie 4 zł, co oznacza, że bilet na podróż z Krakowa do Katowic jest tańszy, niż godzinny w komunikacji miejskiej pod Wawelem.
Ekonomiści szybko obliczyli, że przy takiej kwocie przewoźnik zarabia na jednym kliencie zaledwie kilkanaście groszy (sporą część kosztów pochłania opłata autostradowa) i to pod warunkiem, że bus lub autokar jest wypełniony do ostatniego miejsca na całej trasie. Czyżby dla zniszczenia konkurencji szefowie niektórych firm gotowi byli balansować na granicy opłacalności?
Jest jednak pewien problem: czekający na międzymiastowy transport podróżni nie wiedzą, która firma i na który kurs wprowadza taką właśnie super promocję. Może się więc okazać, że warto poczekać piętnaście minut, aby pojechać za 4, a nie za 14 zł.
















