Kiedy prezydent i rząd wywodzą się z tego samego ugrupowania politycznego, nie trzeba odwoływać się do ustawy zasadniczej, żeby właściwie uregulować stosunki między nimi. Gorzej, jeśli są w konflikcie i starają się udowodnić opinii publicznej swoje racje do przewodzenia w tych ważnych sferach kierowania nawą państwową.
Z taką właśnie sytuacją mamy obecnie do czynienia w Polsce. Napięcie na linii prezydent – premier i jego ministrowie narasta (dowodem choćby ostatni zgrzyt z niedoszłą wizytą Radka Sikorskiego w pałacu Namiestnikowskim). Donald Tusk uważa, że wyłącznie on odpowiada za naszą politykę zagraniczną, Lech Kaczyński czuje się zaś urażony pomijaniem go w konsultacjach na jej temat (np. w kwestii przyjęcia Rosji do Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju). Kontrowersje budzą też deklaracje premiera i ministra obrony narodowej co do wycofania polskich żołnierzy z Iraku już w przyszłym roku.
Te rozbieżności zdań osłabiają Polskę w oczach innych państw, które mogą wykorzystywać je w prowadzeniu swojej polityki wobec naszego kraju. Nie są też dobrze przyjmowane przez krajową opinię publiczną, która chciałaby widzieć zgodność działania wszystkich organów władzy w tych kluczowych dziedzinach, a nie ciągle słuchać i czytać o żenujących sporach na szczytach władzy.
Prezydent Kaczyński zastanawia się nad skierowaniem zapytania o swoje kompetencje w sprawach polityki zagranicznej i obronnej do Trybunału Konstytucyjnego. Jest to może i słuszne z czysto formalnego punktu widzenia, ale zdecydowanie lepiej byłoby zastosować zasadę konsensusu, niż iść na konstytucyjną wojnę.
Jerzy Bukowski














