Ten imponujący rezultat (1,65 miliona podpisów wobec zaledwie ponad 700 tysięcy konkurenta) ma poważne znaczenie tak psychologiczne, jak polityczne, zwłaszcza wobec rosnących z dnia na dzień słupków sondażowego poparcia dla prezesa Prawa i Sprawiedliwości.
Nic więc dziwnego, że zwolennicy Komorowskiego są w lekkim popłochu, który przejawia się przede wszystkim ich coraz częstszymi apelami (politycy współzawodniczą w ich formułowaniu z publicystami) do Kaczyńskiego, aby koniecznie zaczął występować publicznie. Argumentują ten postulat potrzebą zaprezentowania rodakom przez kandydata PiS jego programu wyborczego, ale tak naprawdę chodzi im jedynie o to, aby skompromitował się on jakimś nieopacznym słowem lub gestem.
Każdy kandydat ma niezbywalne prawo prowadzić swoją kampanię w taki sposób, jaki uzna za najlepszy dla siebie. I Kaczyński, i Komorowski z pewnością starannie opracowali już strategię, która zwiększy ich wyborcze szanse.
Jeżeli ktoś programowo wybiera milczenie (przynajmniej na początku kampanii), jest to jego sprawa i trudno oczekiwać, aby uległ złowrogim podszeptom rywali. Domaganie się odeń przez nich, aby zachowywał się tak, jak oni chcą, czyli nieustannie wdawał się w werbalne przepychanki, jest więc dziecinadą, zwłaszcza w stosunku do tak twardego i odpornego na wszelkie zaczepki polityka, jakim jest Jarosław Kaczyński.
Jerzy Bukowski















