Bawi mnie takie stawianie sprawy, bo przecież każda partia walczy o władzę po to, aby móc realizować swój program. I nie ma znaczenia, czy desygnuje na funkcję premiera swojego lidera, czy też innego polityka, bo każdy będzie wykonywał to, co wyznaczą mu jako cele jej kierownicze gremia.
Gdyby więc PiS wygrało wybory parlamentarne i decydowało o obsadzie funkcji szefa rządu, to tak Kaczyński jak Szydło, czy ktokolwiek inny byliby zobowiązani wprowadzać w życie program partii. A ponieważ na jej czele stoi konkretna osoba, więc jest całkiem naturalne, że to ona ma decydujący głos, co nie oznacza niepozostawienia premierowi sporego marginesu swobody.
















