Rozumiem, że porządek musi być wszędzie, także w medycznych papierach. Ale przekracza granice nie tylko mojej wyobraźni sytuacja, w której zobowiązany do ratowania ludzkiego życia i zdrowia lekarz przedkłada sztywne przepisy ponad swoje powołanie. Kiedy czytam o niedawnej tragedii matki, jeżdżącej z umierającym 6-miesięcznym synkiem od szpitala do przychodni i z powrotem, by w końcu dowiedzieć się od pierwszego doktora, który postanowił złamać regulamin i przebadać go, że jest już, niestety, za późno, bo dziecko zmarło, tracę sporo z szacunku, jaki mam do ciężko pracujących i fatalnie zarabiających polskich lekarzy.
Takie przypadki powtarzają się ostatnio z niebezpieczną częstotliwością. Omawiają je i biją na alarm trafiające na ich ślad media, powiadamiane zazwyczaj przez zrozpaczonych członków rodziny osoby zmarłej lub narażonej na kalectwo w wyniku odmowy zbadania jej przez lekarza, który biurokratyczną procedurę uznał za ważniejszą od swojego zawodowego sumienia. Do akcji wkracza wówczas prokurator, każda taka sprawa jest też dokładnie analizowana przez komisje, skrupulatnie badające odpowiedzialność personelu medycznego za jego ewentualne błędy i zaniedbania. Bywa, że lekarze lub pielęgniarki, którym udowodni się winę zostają surowo ukarani: sądowym wyrokiem bądź pozbawieniem prawa do wykonywania zawodu.
Niewiele to jednak pomaga. Czyżby rozpowszechniające się w Polsce społeczna znieczulica i powszechne zobojętnienie na los bliźnich ogarniały również ludzi, składających na zakończenie swych studiów pięknie brzmiącą przysięgę, nakładającą na nich obowiązek niesienia pomocy każdemu potrzebującemu jej, bez względu na najbardziej nawet niekorzystne okoliczności zewnętrzne?
Jerzy Bukowski











