Przeczy temu sytuacja, do jakiej doszło w podkrakowskich Balicach, gdzie komisariat autostradowy policji szukał kierowcy rozbitej w pobliżu portu lotniczego im. Jana Pawła II Toyoty Yaris. Po otrzymaniu informacji od świadka, który widział na łuku drogi rozbity samochód i stojącą obok niego kobietę ze zderzakiem w ręku, stróże porządku publicznego przybyli na miejsce, ale zastali tam już tylko opuszczone auto.
“- W związku z tym, że kobieta mogła być w szoku, policjanci sprawdzili przyległy teren, rowy, pasy rozdzielające jezdnię, skarpy itp. Zdarzały się sytuacje, że ktoś będąc w szoku oddalił się z miejsca, a następnie zasłabł. Kobieta mogła być też pod wpływem alkoholu. Byliśmy przygotowani na wszelką ewentualność” – powiedział “Gazecie Wyborczej” podinspektor Krzysztof Lis.
Znając numery rejestracyjne Toyoty szybko ustalono z pomocą podkarpackiej policji, kto jest właścicielką oraz numer jej telefonu komórkowego, ale poszukiwana nie odbierała połączenia. Funkcjonariusze podjęli więc decyzję o ponownym przeszukaniu terenu. I wtedy dodzwonili się do niej.
– Przepraszam, ale nie mogę teraz rozmawiać, ponieważ muszę wyłączyć telefon. Jestem w samolocie i właśnie wylatuję na wycieczkę do Tunezji. Będę za tydzień, to się zgłoszę w sprawie samochodu – poinformowała i wyłączyła telefon (cytat za “GW”).
W tej sytuacji samochód został odholowany na koszt właścicielki na strzeżony parking z wnioskiem o odebranie jej prawa jazdy.
“Jak udało się ustalić, kobieta prawdopodobnie nie patrząc na znaki przejechała zjazd na lotnisko. Jadąc za szybko, utraciła panowanie nad pojazdem, który uderzył w bariery. Po wypadku zaparkowała samochód na łuku, wzięła walizki i pobiegła na lotnisko” – czytamy w gazecie.
Właścicielce rozbitego samochodu wypada tylko pozazdrościć silnych nerwów i jasnej hierarchii celów życiowych.
















