Tygodnik dotarł do notatki rządowej, z której wynika, iż Polska odgrywała w tych manewrach rolę potencjalnego agresora. Manewry nie ograniczały się jednak do obrony przed naszym atakiem. Desant na plaże obwodu kaliningradzkiego miał imitować zdobywanie polskiego wybrzeża.
Niektórzy krajowi politycy i publicyści wyrazili oburzenie taką formą przeprowadzenia manewrów przez siły zbrojne naszych wschodnich sąsiadów.
Mnie ten fakt jakoś nie poruszył. Kogo mają traktować jako potencjalnego wroga w ewentualnym przyszłym konflikcie militarnym Rosjanie i Białorusini, jak właśnie nie Polaków? Przecież jesteśmy granicznym państwem NATO, który to sojusz wojskowy jest wprawdzie oficjalnie traktowany przez Moskwę i Mińsk w kategoriach przyjacielskich, a przynajmniej neutralnych, ale tak naprawdę widzą w nim one swoje zagrożenie. Powinniśmy być więc nawet dumni, ze napędzamy trochę strachu Rosjanom i sprzymierzonym z nimi Białorusinom.
Czy kiedy Wojsko Polskie przeprowadzało w latach 30. XX wieku ogromne manewry na Wołyniu (na które zapraszano przedstawicieli armii wielu państw), dla kogokolwiek nie było oczywiste, że potencjalnym przeciwnikiem naszych żołnierzy – zarówno w działaniach obronnych, jak zaczepnych – jest Armia Czerwona? A kiedy to ona ćwiczyła na zachodnich rubieżach Związku Sowieckiego, Wehrmacht zaś blisko wschodniej granicy III Rzeszy Niemieckiej, to każdy polityk i fachowiec od spraw wojskowych w Europie wiedział, że ich wrogami są podwładni marszałka Józefa Piłsudskiego, potem Edwarda Rydza-Śmigłego.
Nie ma nic dziwnego, ani zdrożnego w tym, że państwo stale przygotowuje się w okresie pokoju do działań zbrojnych przeciwko tym krajom, które uważa za swoje potencjalne zagrożenie lub na które samo ma skrywaną przed światem ochotę napaść. I zawsze jest stosowany taki wariant, jak w ostatnich manewrach Rosjan i Białorusinów: najpierw wrogowie napadają na ich terytoria, z których zostają szybko przepędzeni, a następnie ukarani działaniami odwetowymi. Nikt nie chce się bowiem z góry przyznać, że testuje plany wojny zaczepnej.
Dla niepoznaki używa się w takich ćwiczeniach nie nazw wrogich państw, ale kolorów dla oznakowania poszczególnych armii. Nie trzeba być jednak nazbyt wnikliwym obserwatorem, aby zorientować się, kim są w takich grach wojennych czerwoni, niebiescy, biali, czarni, czy zieloni.
Na miejscu naszych polityków nie protestowałbym więc przeciwko rosyjsko-białoruskim manewrom. Co innego, jeżeli – wymaga to jeszcze sprawdzenia – uwzględniano w nich działania militarne z użyciem broni nuklearnej. Na takie zabawy w wojnę nie może być bowiem akceptacji, zgodnie z postanowieniami europejskich instytucji, które obiecały respektować Moskwa i Mińsk.
Jerzy Bukowski











