Nie ma nic dziwnego w tym, że większość obywateli interesuje się zdrowiem głowy swego państwa. Zakładam, że przynajmniej połowa spośród nich kieruje się innymi motywami niż tania sensacja. Skoro ciągle czytamy i słyszymy informacje na temat każdej, najdrobniejszej nawet infekcji wykrytej u prezydenta USA, Francji, czy też Włoch, chcielibyśmy podobnej przejrzystości w tej materii od rodzimych VIP-ów.
Niestety, w Polsce wciąż jeszcze pokutują stare przyzwyczajenia i nawyki rodem z epoki komunizmu, wedle których powiadamianie społeczeństwa o chorobach jego przywódców traktowane jest jako niestosowne i wstydliwe odkrywanie ich intymnych tajemnic. Nie pomogła nawet wielka lekcja umierania, jaką dał całemu światu Jan Paweł II.
Jesteśmy nadal skazani wyłącznie na domysły i podejrzenia, ilekroć pojawia się plotka o nienajlepszej kondycji fizycznej bądź psychicznej którejś z najważniejszych osób publicznych. Rodzi to pole do najróżniejszych spekulacji, często podszytych niezdrowymi emocjami, jak choćby w przypadku Lecha Kaczyńskiego, pomówionego przez posła Platformy Obywatelskiej Janusza Palikota o nadużywanie alkoholu i popadanie na tym tle w depresję.
Może nadszedł więc już najwyższy czas na kompleksowe rozwiązanie tego problemu, czyli wypracowanie ogólnych standardów postępowania w zakresie informowania społeczeństwa o stanie zdrowia (zwłaszcza w przypadku kłopotów z nim) jego demokratycznie wybranych przywódców.
Jerzy Bukowski













