To słowa są cytatem z wywiadu Jarosława Kaczyńskiego, udzielonego Polskiemu Radiu. O Boże! Tylko takie westchnienie mogę wydać z siebie jako komentarz do kolejnego wystawienia się prezesa Prawa i Sprawiedliwości na łatwy żer politycznych przeciwników i nieżyczliwych mu – a jest ich legion – dziennikarzy.
Wiem, że na Kaczyńskiego nie sposób wpłynąć i nawet jego najbliżsi współpracownicy nie mają szansy (a podejrzewam, że także odwagi), aby poprosić go o zmianę stylu publicznych wypowiedzi, ale powinni jednak starać się to uczynić, ponieważ niemal każda z nich obniża prestiż PiS.
Od słownych harców, polegających głównie na obrażaniu wrogów, każda partia ma swoich specjalistów. Nie brak ich także w PiS. Po co więc ma się w nie angażować sam prezes? Rozumiem, że może mu się to przydarzyć w ferworze ostrej, politycznej wymiany zdań z liderami innych ugrupowań. Dlaczego pozwala sobie jednak na takie “zwischenrufy” w spokojnym wywiadzie radiowym, przeprowadzanym przez wyraźnie sympatyzującego z nim dziennikarza?
Do walki z Januszem Palikotem, Kazimierzem Kutzem, Ryszardem Kaliszem i Jerzym Wenderlichem można w PiS wyznaczyć przynajmniej kilku werbalnych fighterów typu Jacka Kurskiego, Tadeusza Cymańskiego, Zbigniewa Girzyńskiego. Prezes partii nie powinien natomiast rozmieniać się na drobne i skupiać swojej uwagi na obmyślaniu bardziej lub mniej zgrabnych figur retorycznych, mających pogrążyć w oczach opinii publicznej Donalda Tuska, bo po pierwsze nie takie jest jego zadanie, a po drugie niezbyt dobrze mu to wychodzi.
Może znajdzie się jednak w Prawie i Sprawiedliwości ktoś na tyle odważny, żeby wytłumaczyć Jarosławowi Kaczyńskiemu niestosowność jego zachowania w tej materii?
Jerzy Bukowski











