Ponieważ zdecydowała się na jednorazowe podjęcie wygranej, a nie trzydziestoletnie raty, otrzyma 480,500,936 dolarów, zaś pod odliczeniu podatków federalnych i stanowych “tylko”… $336,350,655. Już ustawia się kolejka banków i funduszy inwestycyjnych gwarantujących pani Wanczyk roczne 20-24 milionowe dochody, jeżeli zdecyduje się powierzyć im kwotę wygranej.
Swój szczęśliwy los kupiła w sklepiku na stacji benzynowej Pride Station & Store przy 27 Montgomery Street w Chicopee, zakreślając numery: 6, 7, 16, 23 i 26 oraz dodatkowy 4, wykorzystując sekwencję dat urodzin (numeracja miesięca i dnia) jej i jej córek. Zrobiła to dla świętego spokoju, bo grali wtedy wszyscy obecni w sklepie.
Następnego dnia, kiedy okazało się, że jedyne trafienie w Ameryce padło w Massachussets, jej kolega z pracy zapytał czy już sprawdzała swój kupon. Wyciągnęła go z torebki. Zaczęła sprawdzać. Raz, drugi, trzeci… Omal nie zemdlała. Kolega natychmiast pojechał z nią do punktu, gdzie los został kupiony. Po włożeniu kuponu do maszyny, tak natychmiast potwierdziła wygraną.
– Podpisz kupon na odwrocie! Zrób to natychmiast! – krzyczał właściciel sklepiku.
Po ogłoszeniu zwyciężczyni w stanowej siedzibie dyrekcji gier losowych, na którą Mavis Wanczyk przybyła z matką i dwoma siostrami, powiedziała, że jedyne o czym marzy to… schować się w swoim łóżku i nie wychodzić.
Matka Mavis twierdzi, że los jej odpłacił. 6 listopada zeszłego roku, Willima Wanczyk, niedawno emerytowany strażak, wciąż pomagający swoim kolegom, czekał na przystanku autobusowym w Amherst. W przystanek wjechał pijany kierowca i uciekł z miejsca wypadku. William zginął na miejscu. Po pościgu sprawcę ujęto, osądzono i skazano.
Szczęśliwa multimilionerka powerballowa poprosiła już dyrekcję szpitala o zwolnienie z pracy. Jej prośba napotkała pełne zrozumienie.
Jak się dowiadujemy William Wanczyk pochodził z polonijnej rodziny. Czy polskie korzenia ma także Mavis – postaramy się niebawem ustalić.













