W dzisiejszym świecie, w którym ludzie nader chętnie obrzucają się wyzwiskami, robią sobie różne świństwa, działając jednak z ukrycia i zza węgła, taka metoda załatwienia sporu musi budzić szacunek, nawet jeśli wziąć poprawkę na stan upojenia alkoholowego, w który wprawili się wcześniej obaj pojedynkowicze. Ale czyż podobne przypadłości nie przytrafiają się także toczącym wyborczą walkę na słowa politykom i to znanym? A czy różne podłe, zakamuflowane i skrzętnie skrywane przed opinią publiczną sposoby szkodzenia sobie Polaków nawzajem zawsze odbywają się na trzeźwo?
Jestem przekonany, że także niejeden z honorowych pojedynków, w jakie obfitowała I i II Rzeczpospolita miał alkoholowe podłoże. Wiadomo, Polak, gdy dymi mu się z czuba, staje się szczególnie drażliwy i wrażliwy, gotowy do orężnej rozprawy z każdym, kto naruszył cześć jego lub drogiej mu niewiasty. Kiedy wytrzeźwieje, może nawet żałować pochopnie rzuconej rękawicy, ale nie wypada mu już rejterować.
O ileż oszczędniejsi byliby w słowach nasi politycy, gdyby za obrazę swych przeciwników zmuszeni byli stawać z nimi z szablami w dłoni na ubitej ziemi, a nie potykać się w studiu telewizyjnym lub na wyborczym wiecu. Nawet jeśli pojedynek na białą broń między nimi odbywałby się tylko do pierwszej krwi, a nie na śmierć i życie, wielu z nich z pewnością poważnie zastanowiłoby się nad tym, czy jednak nie powstrzymać nazbyt giętkiego języka, by uniknąć bolesnej rany.
Jerzy Bukowski
(Magazyn Centrum)











