Chodzi mi nie tylko o niedopuszczalne w ustach poważnego polityka skandaliczne sformułowanie, obrażające jego byłych podwładnych, ale także o wykazaną przez niego przy tej okazji kompletną nieznajomość medialnych zwyczajów. Szczygło dobrze przecież wie, że nie jest ulubionym bohaterem TVN, więc powinien doskonale zdawać sobie sprawę (uczestnicząc nie od wczoraj w życiu publicznym), iż każde jego potknięcie – a zwłaszcza tak poważne – zostanie przez tę stację wykorzystane z zimną premedytacją, niekoniecznie od razu, ale w stosownym dla niej momencie.
Czyżby naprawdę był on przekonany, że to, co mówi dziennikarzowi po zakończeniu nagrania nie jest już rejestrowane i ma charakter wyłącznie prywatnej wymiany zdań między nimi? Nie rozumie, jak okrutni i bezwzględni potrafią być ludzie mediów w stosunku do polityków, którzy są na ich celowniku? Nie wziął pod uwagę licznych doświadczeń własnych oraz swoich kolegów z Prawa i Sprawiedliwości w tej materii?
Ręce mi opadają, kiedy widzę jak obyci przecież z mediami politycy beztrosko strzelają sobie – a pośrednio także reprezentowanym przez siebie ugrupowaniom – samobójcze gole, wykazując się pożałowania godną niefrasobliwością. Potem muszą solennie przepraszać, co też nie zawsze potrafią zrobić, brnąc w kolejne kłopoty, czego przykład dał również były szef MON.
Szczygło bardziej ubolewał bowiem po ujawnieniu tego materiału przez TVN nad samym faktem niecnego nagrania i wyemitowania jego słów (w dodatku ze sporym poślizgiem czasowym), aniżeli nad ich treścią, co dodatkowo oburzyło żony siedzących w areszcie żołnierzy i spowodowało, że jedna z nich odmówiła w wywiadzie dla Radia RMF przyjęcia przeprosin w takiej formie.
No cóż, jeśli jakaś osoba publiczna koniecznie chce sobie przysporzyć nielichych problemów za pośrednictwem zawsze chętnych do “współpracy” w tej dziedzinie mediów, niech idzie w ślady Aleksandra Szczygły.
Jerzy Bukowski













