Przygotowany na udzielenie TVN 24 wywiadu o Okrągłym Stole i swojej chwalebnej przy nim roli “ojca chrzestnego”, ostatni minister spraw wewnętrznych PRL zdenerwował się pytaniami Rymanowskiego.
– Pan mnie pyta o głupoty i plotki. Nie rozmawiam z panem więcej, proszę wyłączyć kamery – powiedział wyprowadzony z równowagi Kiszczak, odpiął mikrofon i wyprosił ekipę telewizyjną.
Rymanowski nie dawał za wygraną i kulturalnie, acz stanowczo usiłował wydobyć ze swego rozmówcy informacje w sprawie, która często gości ostatnio na antenie TVN 24. Generał zerwał jednak wywiad.
Jestem przekonany, że wielu innych dziennikarzy zachowałoby się w podobnej sytuacji w zupełnie odmienny sposób, rezygnując z zadawania dociekliwych, ale nieprzyjemnych dla Kiszczaka pytań i poprzestając na delikatnym oraz ugrzecznionym drążeniu wyłącznie tych tematów, które byłyby dla niego wygodne. Najważniejsze byłoby bowiem dla nich doprowadzenie wywiadu z ważnym świadkiem historii do szczęśliwego końca, nawet jeżeli jego treść nie miałaby wykroczyć poza banalne ogólniki.
Rymanowski nie dał się zbić z pantałyku, nie uległ groźbie przerwania burzliwej rozmowy, ale konsekwentnie i uparcie domagał się od swego rozmówcy odpowiedzi na te pytania, jakie interesowały widzów jego stacji. Świadomie zaryzykował niedokończenie wywiadu, ponieważ dobrze wiedział, po co przyszedł do domu Kiszczaka i nie zamierzał ani na jotę odstąpić od realizacji ambitnego planu.
Mimo że rozmowa zakończyła się fiaskiem, to dziennikarz, a nie polityk może czuć się moralnym zwycięzcą tej potyczki.
Gratuluję Bogdanowi Rymanowskiemu jego znakomitej postawy. Oby w jego ślady poszli młodzi adepci zawodu dziennikarskiego, nie myląc jednak powierzchownej agresji słownej z popartą rzetelną wiedzą nieustępliwą dociekliwością w drążeniu ważnych tematów.
Jerzy Bukowski











