Rok 1920… Bitwa Warszawska

"Tak, tak byłem uczestnikiem bitwy warszawskiej. Prosisz mnie Teofilu, abym w szczegółowym skrócie napisał jak przebiegała wspomniana bitwa zwana potocznie Cudem nad Wisłą. A więc, bitwa ta miała miejsce w sierpniu 1920 roku. Brały w niej udział broniące stolicy przed nacierającymi bolszewikami oddziały Wojska Polskiego. Jej najważniejsza potyczka była stoczona w dniu 15 sierpnia. Pomysłodawcą…

File66ba290026166author202408121123
Ewa Michałowska-Walkiewicz
14 sierpnia, 2025
Bitwa warszawska piechota polska
Piechota polska w marszu na front przed bitwą warszawską

“Wisz mój drogi, ważną rolę odegrała tu cała strategia naszego wojska, odcinająca nawałę bolszewicką od centrum ukochanego przez wszystkich miasta Warszawy. Przeprowadzona ona została przez Naczelnego Wodza Wojska Polskiego Józefa Piłsudskiego, był on dumą nas wszystkich i za nim poszlibyśmy nawet na skraj piekła. Marszałek powiedział, to wszyscy robili dla niego, dla Polski, dla nas wszystkich. Potrafił on jednocześnie związać główne siły bolszewickie na przedpolach Warszawy i nacierać na oddziały szturmowe armii będącej pod dowództwem Siemiona Buddionnego. Tylko Piłsudski umiał wykonać ten strategiczny majstersztyk. Pragnę ci powiedzieć mój Teofilu, że wojska obu frontów polskiego i bolszewickiego, oddzielone były od siebie olbrzymim kompleksem podmokłego terenu, toteż początkowo nie ścierały się one ze sobą. Prawe skrzydło wojsk Michała Tuchaczewskiego, otrzymało rozkaz opanowania obszaru Grudziądza i Torunia, a także powolnego przechodzenia przez Wisłę. Wtedy najważniejszym manewrem dla polskich żołnierzy, było skupienie sił bolszewickich, które skierowane były na twierdzę w Modlinie, gdzie największy szturm przeprowadziły oddziały zbrojne rosyjskiego generała Sołłohuba. Osłonę lewego skrzydła wspomnianej armii powierzono Grupie Mozyrskiej Tymoteusza Chwiesina, zbliżającej się na nas od północnego – wschodu. Strona polska posiadała do dyspozycji 29 dywizji piechoty, co jak widać pozwoliło dostatecznie na odniesienie zwycięstwa.

Walki trwały bezustannie. Drogi Teosiu, człowiek chciał żyć w wolnej Ojczyźnie, ale tak naprawdę nie wiedział czy dożyje kolacji. Podczas trwania walk obronnych, utworzone zostały w rejonie rzeki Wieprz dwie grupy uderzeniowe. Grupy te podporządkowane były oczywiście rozkazom Marszałka Piłsudskiego. Wiesz… w nocy 6 sierpnia 1920 roku, w budynku belwederu w Warszawie opracowywano ogólną koncepcję stoczenia tej bitwy. Zamierzano bowiem częścią naszej armii odeprzeć atak bolszewicki tuż przed Warszawą, by z kolei dobrze wyszkolonymi oddziałami operacyjnymi uderzyć na południowe oddziały znienawidzonego czerwonego wroga. Marszałek Józef Piłsudski wybrał rejon koncentracji wojsk polskich w okolicy rzeki Wieprz. W nocy z 8 na 9 sierpnia generał Tadeusz Rozwadowski opracował formę ostatecznego planu bitwy. Postanowił on dodatkowo wzmocnić Front Północny i rozkazał on niektórym armiom wykonanie zadań ofensywnych. W czasie bitwy warszawskiej 1920 roku, w dniach 15 i 16 sierpnia polska radiostacja umiejscowiona na Cytadeli Warszawskiej, skutecznie zagłuszała radiostacje sowieckie nadawanym bez przerwy przez 36 godzin tekstem Nowego Testamentu. Widzisz Teoś, chyba Bóg nam pomógł i jego święte słowo…

Bitwa trwała dalej. Dwie dywizje dnia 15 sierpnia 1920 roku, uderzyły na armię polską pod Radzyminem, przełamując tym samym obronę 11 Dywizji podległej rozkazom pułkownika Bolesława Jaźwińskiego. Myśleliśmy że to już koniec, ale następnie jedna z dywizji ruszyła w stronę warszawskiej Pragi a druga na podwarszawską Jabłonnę. Rozpoczęła się tym samym zaciekła walka. Armia generała Władysława Sikorskiego, skierowała się do natarcia w kierunku Nasielska. Polska grupa uderzeniowa, mająca ogromną przewagę nad zdezorganizowaną radziecką Grupą Mozyrską, ruszyła zakrojonym łukiem na wroga, by już następnego dnia dotrzeć do szosy prowadzącej do Warszawy. Kochany przyjacielu, jak żeśmy się wszyscy cieszyli, gdy po osłonie prawego skrzydła polskiego natarcia wyłoniła się 3 Dywizja Piechoty Legionów Polskich. Tym samym wojska radzieckie zostały związane natychmiastowym zwrotem zaczepnym sił polskich, wspartych czołgami, kawalerią konną i zbrojnymi grupami opancerzonymi. Reszta wojsk polskich przeszła do kontrofensywy na całej długości frontu. Armia generała Władysława Sikorskiego uderzająca znad rzeki Wkra, rozbiła XV i III armię bolszewicką. Wskutek braku łączności z dowództwem i totalnego zmęczenia żołnierzy, większa część wojsk sowieckich przeszła do nieskoordynowanego odwrotu. Część sił bolszewickich, nie mogąc się przebić na wschód, przekroczyła granicę niemiecką gdzie została internowana. I tu zaczyna się moja osobista historia. Tylko dlatego, że znamy się tyle lat, opowiem ci o faktach, które wyryły trwale piętno tych pamiętnych dni sierpniowych z 1920 roku. Krótko cieszyłem się udziałem w tej zażartej bitwie, ponieważ z zaskoczenia nasz batalion został ostrzelany, a ci którzy przeżyli zostali wzięci do niewoli.

Drogi Teofilu….

Nawet po wielu latach od zakończenia mojej niewoli, serce ściska mi się na samą myśl o tych strasznych chwilach. Miałem przecież wtedy dwadzieścia pięć lat i jak to mówią życie miałem przed sobą. Słowo życie…..jak je rozumieć…. Nigdy wcześniej o nim nie myślałem. Dopiero po latach wiem, że oznacza ono Wolną Ojczyznę, dom i bliskich wokół siebie. Nawet jedząc przy lichym stole suchy chleb, ale w wolnym domu, gdzie pali się świeca wykonana z polskiego wosku, pod polskim dachem, krytym słomą, to jest moja wolność i życie. Ale los pokazał mi, że gdzieś w okowach sowieckiej głuszy, Polacy musieli żyć, ze łzami w oczach wspominając dom i ojca, który w zimowe wieczory opowiadał nam o tym, jak szedł z pieszymi do powstania styczniowego mając jedynie w ręku kosę, ale w sercu nadzieję na wolność……Jak wiesz przyjacielu, w roku 1920 byłem żołnierzem Polskiej Armii. I nie mogę tobie jako mojemu druhowi z lat dzieciństwa nie napisać o mojej niewoli, którą odbyłem w szponach sowieckiej bestii. Nie wiem dokładnie drogi Teofilu i tak naprawdę trudno w to uwierzyć, jak duża jest liczba polskich żołnierzy wziętych razem ze mną do niewoli przez bolszewicką zarazę.

Wyobraź sobie, że układ z 24 lutego 1921 roku, podpisany przez Polskę i sowiecką Rosję oraz Ukraińską Republikę Ludową o wymianie jeńców i zakładników, tak naprawdę nie działał. Układ ten według moich informacji Teosiu, po zakończeniu Bitwy Warszawskiej zobowiązywał stronę rosyjską do przekazania ponad 40 tysięcy polskich żołnierzy, ale ostatecznie wróciło zaledwie nieco ponad 25 tysięcy. Co się mój Boże stało z resztą polskiego wojska… nie wiadomo. Trudno rzecz jasna na podstawie tej informacji, wysnuwać konkretne wnioski co do całkowitej liczby Polaków wziętych do niewoli. Ale wiedz… że ta niewola była straszna. Przyjacielu, muszę ci napisać….serce zaczyna mi być jak szalone gdy wspominam ten czas… naszego upodlenia… czas intelektualnego niebytu dla Polaka i co najważniejsze dla Polskiego Żołnierza. Wyobraź sobie co myśmy przeszli, gdy wraz z wieloma kolegami zostaliśmy pojmani z pola walki przez Armię Czerwoną. Strach i psychiczne cierpienie towarzyszyło nam każdego dnia i nocy. Widzieliśmy jak Armia Czerwona mordowała dla zabawy pojmanych żołnierzy Wojska Polskiego (szczególnie oficerów i podoficerów). Najgorzej pod tym względem sytuacja wyglądała na odcinkach operacyjnych Armii Konnej Budionnego oraz II Korpusu Konnego, dowodzonego przez Gaj-Chana. Znałeś Tadka Mikrutę ze wsi Staw Kunowski.

Jedynak dla ojca i duma dla matki. Gdy uderzył go budionowczyk w twarz, Tadek jak się nie odwinął jak oddał cios czerwonoarmiście to aż zagwizdało w naszych uszach. Niestety… czerwone bydło nie dało za wygraną, tak zaczęli kopać Tadka, że zginął on pod ich buciorami. Nasz przyjaciel, druh z pola walki. Dla niego Ojczyzna była chlubą, dla której walczył. Ale nie dane mu było żyć… nie dane mu było cieszyć się tą Polską, o której marzył…. Mietek Gałka, popchnięty przez bolszewików żeby szybciej szedł, z nerwów splunął w kierunku jednego z nich. Nie trudno się było domyśleć jaka była jego reakcja. Bolszewicy słynęli ze swej niezwykłej zawziętości i właśnie wtedy jeden co bardziej zawzięty wydłubał mu dwoje oczu. Nie wiemy jak długo cierpiał zanim odszedł z tego padołu jak prawdziwy polski bohater i żołnierz. Nam bezradnym jego kolegom z pola walki, ta ogólna niemoc wobec Mietka, zapierała dech w piersiach. Cichy szept naszych modlitw, tylko tyle mogliśmy z siebie dać.

Wielu kolegom w tym niestety i mnie, którym udało się ujść z życiem i znaleźli się w obozach jenieckich groziła rychła śmierć. Panujące w nich warunki były gorzej niż opłakane.

A pamiętasz drogi przyjacielu, jak z Anią i Amelką wybraliśmy się na majówkę do Gospody pani Heleny na warszawskich Bielanach, by tam potańczyć i podelektować się ciepłym wieczorem w doborowym towarzystwie naszych ukochanych pań. Pamiętam do dziś każdy pocałunek Ani, każde spojrzenie i zapach jej duszących perfum. Czułem się prawdziwym szczęściarzem, jak podczas tańca jej lekka sukienka muskała mnie delikatnie, a dotyk jej rąk był dla mnie prawdziwą pieszczotą. Teraz nawet nie wiem czy nasze damy serca żyją. Nie wiem co z naszymi rodzinami. Co z moją mamą, która cierpi na reumatyzm i ma ograniczone możliwości poruszania się. Pamiętam jak zawsze ustawiałem na rozgrzanej blasze w kuchni, wiaderko z wodą, aby nagrzać ją mamie do wieczornej toalety. Mama zawsze siadała przed wielkim lustrem swojej toaletki i nucąc melodię „Przybyli ułani pod okienko” rozczesywała sobie stargane włosy. Dom, tyle w nim ciepłych chwil, tyle dobra, miłości i szczęścia… lecz dlaczego Wielki Boże doceniamy to w miejscu cierpienia…

Gdy już trafiliśmy do niewoli wyobraź sobie Teosiu, bolszewicy zagnali nas jak bydło do jednego z wielu rozsianych na terenie bezkresnego Imperium Zła, jak nazwałem Rosję obozów docelowych, a musisz wiedzieć, że moi koledzy przechodzili nieraz przez kilka placówek etapowych. Jedną z nich stanowiło więzienie w Żytomierzu, gdzie warunki bytowe były bardzo ciężkie. Bochenek chleba wagi mniej niż 4 funty wydawano na dwudziestu pięciu żołnierzy. Dawano nam też raz na dzień odrobinę obmierzłej polewki, która bardziej nas odrzucała niż koiła nieustające ssanie w żołądku. Głód zatem cierpieliśmy okrutny. Ciągle przypominałem sobie jak w domu rodzinnym mama gotowała krupnik i zalewajkę, a ciotka Kupiszowa skrobała nam ziemniaki, aby ulżyć mamie gdy od reumatyzmu puchły jej ręce. Pomimo tego nędznego wiktu pędzono nas do roboty przy wyładowywaniu wagonów i wymagano pracy bez względu na brak sił. Jedynym ratunkiem dla nas byli mieszkańcy okoliczni, którzy od czasu do czasu, kierowani litością i współczuciem przynosili nam po kawałku chleba lub kilka gorących parzonych kartofli.

Drogi przyjacielu, czy pamiętasz mojego konia Tustepa. Ten był dopiero rączy karosz, który z daleka gdy mnie zobaczył prychał chrapami na znak przywiązania do mnie. Zawsze ścieliłem mu legowisko świeżą pachnącą słomą, której zapach potęgował jakąś specyfikę tej dziwnej chwili. Ja i koń. Zgrana para, wzajemna miłość i szczególne przywiązanie człowieka i zwierzęcia. Wyobraź sobie, że moje tutaj warunki są o wiele gorsze niż mógł sobie to wyobrazić mój koń. O wiele nędzniej przedstawiała się u nas sprawa wyglądu naszego tu pomieszczenia, niż stajnia mojego Tustepa. Cele brudne, wilgotne, przepełnione ludźmi, pluskwami i… z czasem wszami. Parne, duszne pozbawione jakiejkolwiek wentylacji, pełne naszych wyziewów i smrodów pomieszczenia, potęgowały naszą bezradność i co tam ukrywać tragedię. Ponadto brak higieny należytej i bielizny, były najlepszymi nośnikami chorób zakaźnych, które przy wszelkim braku pomocy lekarskiej grasowały po nas straszliwie. Nie ukrywam, że wspomniane warunki, zabierały dziennie z pośród nas osadzonych w tym piekle jeńców, po kilka ofiar. Ale czas mijał dalej. Wraz z minionym czasem, sytuacja bytowa wcale się nie poprawiała. Nadeszła wiosna. Wyszedł rozkaz, że musimy być przetransportowani do obozu w Butyrkach.

Znów zapędzono nas do bydlęcych wagonów i jechaliśmy… i jechaliśmy gdzieś w nieznane. W którą stronę tego marnego na wskroś świata… nie wiedzieliśmy. Aż w końcu po paru dniach wypędzono nas z wagonów na stację, gdzie napis widniał Butyrki. Nie wiedzieliśmy czy się cieszyć, że skończyły się trudy podróży czy bać się z ogarniającej nas niepewności jutra. Ogołocono nas kompletnie z posiadanych dotychczas rzeczy. Dla zwiększenia parodii ludzkiej, zostawili nam jedynie to ubranie, w którym byliśmy aktualnie ubrani, dwie pary par bielizny i koc. Co niektórzy chłopcy z naszego oddziału, mieli mniej szczęścia i nie posiadali koca. W chłodne wieczory i noce musieli się oni przykryć własnym płaszczem wojskowym.

Wiesz Teosiu, miałem w kieszeni marynarki wojskowej zdjęcie Ani. Patrzyłem zawsze w jej oczy i mówiłem jak bardzo ją kocham, jak tęsknię i jak bardzo chciałbym być przy niej. Ta dzicz, ta swołocz zabrała mi ta jedyną po niej pamiątkę. Łzy zalewały mi oczy, bo nie mam nawet tego okrucha szczęścia, które przedstawiało mi moją wielką miłość. Odebrano mi także wszelkie dokumenty osobiste, pieniądze a nawet talon z pralni, z której korzystałem jeszcze w Warszawie na Starówce. Zabrali mi zegarek i przystawiając sobie do ucha śmiali się, że takie małe coś i wydaje jakiś delikatny głosik. Chyba bydło Buddionnego nigdy nie widziało zegarka. Podrzucali nim wycierali o tył zawszonej szyneli i cieszyli się że …tyka. Swołocz. Miałem przy sobie dwie obrączki, chciałem je dać Annie, bo planowaliśmy ślub na święta Bożego Narodzenia. ….I co teraz będzie. Jak potoczy się nasze….co tam nasze….jej życie. Czy poczeka na mnie mimo wszystko, ….czy wyjdzie za innego….o Boże….Moja mama dała mi gdy szedłem na wojnę medalik przedstawiający podobiznę Pana Jezusa. Zawsze ściskałem go gdy los okazał się dla mnie wielce okrutny. A teraz….ściskał go będę chyba jedynie w myślach…w mojej intuicji….bo zabrał go ktoś kto może nawet w Jezusa nie wierzy. Zostawiono mi brzytwę, scyzoryk, a także pokruszone jakieś kawałeczki mydła, zapałki i trochę stęchniętej herbaty i nadpsutej słoniny, która w takich warunkach smakowała jak prawdziwy rarytas… a mama zawsze mi mawiała… uważaj Jędruś na swój żołądek jedz dobre jedzenie i świeże… O mamo żebyś ty wiedziała…

Będąc już uznani jako jeńcy, byliśmy kwaterowani w warunkach urągających wszelkiej godności ludzkiej. Trafialiśmy do nieogrzewanych, starych i rozpadających się drewnianych baraków. Inni moi koledzy wraz z starszym szeregowym Stachem Kućwierą trafili do zdewastowanych zabudowań poklasztornych, w których podczas burz i nawałnic lała im się deszczówka do łóżek Pościeli też nie dali, spaliśmy zatem na twardych pryczach na własnym ubraniu, mając pod głową zdjętą z siebie koszulę. Wychodki były tutaj Teosiu brudne, prymitywne. Podłogi tam zanieczyszczone i podgniłe. Zatem aby dobrze z tych wychodków skorzystać, stałem lekko zgięty do przodu bojąc się aby nie wpaść gdzieś w czeluść nadgnitej podłogi. Mieliśmy tutaj jeszcze jedną atrakcję. Pluskwy w znacznej ilości, umilały nam życie co byśmy częściej nie myśleli o Polsce…o drogiej Ojczyźnie….dla której tyle cierpieliśmy…… Kąpiel 2 razy na miesiąc, zamiast mydła dawali nam tu jakiś proszek zlepiony w grudy, który aby należycie użyć rozgniataliśmy polskimi buciorami. …Często tak pragnęliśmy was tak rozgnieść bolszewicka swołoczy jak ten proszek polskim butem….Pranie bielizny odbywało się tam Teosiu, raz w miesiącu lub gdy chcieliśmy częściej, dawaliśmy je do znajomych praczek za drobną opłatą. Tylko skąd brać na tę opłatę…,

Poza nędznymi warunkami kwaterunkowymi, polscy jeńcy musieli zmierzyć się z kolejną bolączką. Chyba dopadało nas zniechęcenie i beznadziejność, zacierająca w nas odrobinę chęci do życia. Mimo, że jedzenie było tutaj pieskie, to bywali i tacy koledzy którzy odrzucali i tą strawę, którą tutaj otrzymywali. Kładli się spać głodni, wstawali głodni….aby szybciej umrzeć niż być parobasem Sowietów. A pamiętasz drogi Teofilu, jak pojechaliśmy raz na kurs wojskowy do Krakowa, gdzie dawali nam pieczoną baraninę i combry na kwaśno. Było tego tyle, że nie mogliśmy tego zjeść. A wtedy pragnąłem nawet przypalonego krupniku, ulubionej zupy mojej matki, tej zwykłej zupy polskiej, której zapach rozchodził się po całej kuchni. Nawet nasz pies Lucek, gdy tylko poczuł tę niezwykłą woń krupniku, wbiegał do domu i rozkładał się na całą swoją długość pod kuchnią, w której matka napaliła w piecu.

Jak zatem widzisz mój przyjacielu, bolszewicy dbali nie tylko o nasze należyte wyżywienie, ale również o to, aby nam się nie nudziło. W tym drugim celu zapewniano nam różnego rodzaju „rozrywki” w postaci rzecz jasna katorżniczej pracy. Wysyłano nas zatem codziennie nie wyłączając niedziel i świąt do ciężkich robót przymusowych. Oczywiście byliśmy tam pod silną eskortą żołnierzy. Kopaliśmy groby, pracowaliśmy na przystaniach nosząc na swoich plecach ciężary załadunkowe na statki, w warsztatach i magazynach kolejowych pracowaliśmy przy dźwiganiu nie wiedzieć czego do utraty przytomności, często nawet utrat5y życia. Pracowaliśmy także czyszcząc ze śmieci i gnoju podwórze, nawet czyszcząc ściekowe kanały i ustępy. Widzisz Teofilu, ciężka harówka i marne wyżywienie miały wprost fatalne przełożenie na stan zdrowia nas osadzonych tam jeńców. Prawdziwe żniwo zbierały też choroby zakaźne jak tyfus, czerwonka czy też hiszpanka. Nie mogliśmy się tam obyć bez szkorbutu, anemii a nawet i gruźlicy. Z dnia na dzień, było nas tam coraz mniej. Tak sobie myślę Teosiu, że przeżyłem i jeszcze kilku kolegów to piekło, być być świadkiem tych dni….tych strasznych dni. Podjąłem zatem próbę ucieczki….ale o tym opowiem ci innym razem.

Artykuł sponsorowany

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść artykułu, jego aktualność ani przedstawione informacje. W przypadku pytań prosimy o bezpośredni kontakt z autorem. Zdjęcia wykorzystane w artykule mają charakter ilustracyjny.

Newsletter Dziennika Polonijnego

Zostaw pierwszy komentarz

Post
Filter