Dziennikarze mają oczywiście prawo snuć szczegółowe rozważania o tym, kto skutecznie stawi czoła Lechowi Kaczyńskiemu za niecałe trzy lata, ale na miejscu polityków PO i samego Tuska zrobiłbym wszystko, aby szybko przerwać tę całkiem niepotrzebną dyskusję. Niechże nowy premier skupi się na jak najlepszym pełnieniu swych obecnych powinności konstytucyjnych, a nie zaprząta uwagi własnej, partyjnych kolegów i całej opinii publicznej myśleniem o ewentualnym starcie w następnej kampanii prezydenckiej.
Z czysto psychologicznego punktu widzenia jestem w stanie zrozumieć, że Tusk wciąż jeszcze – mimo imponującego zwycięstwa jego ugrupowania w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych – przeżywa dotkliwą porażkę, jaką poniósł z Kaczyńskim w 2005 roku i pała żądzą rewanżu za nią. Może nawet popadł w jakiś kompleks na tym tle.
Dojrzały polityk musi jednak umieć przejść do porządku dziennego nad dotychczasowymi niepowodzeniami, które wpisane są w zasady demokracji. Jeśli zbyt długo je rozpamiętuje i w nazbyt widoczny sposób kieruje się żalem za utraconą niegdyś szansą na zwycięstwo, a nie pasjonuje się w zamian rozwiązywaniem bieżących problemów, może łatwo stracić szacunek rodaków.
Na miejscu Tuska użyłbym więc wszelkich możliwych środków, aby ukrócić prezydenckie dywagacje w szeregach własnej partii. Bo dziennikarze (skądinąd w większości życzliwi nowej ekipie rządowej) z pewnością natychmiast przestaną zajmować się tym zagadnieniem, jeżeli nie będą do nich płynąć żadne sygnały z PO o prowadzonych w niej rozmowach na ów niewątpliwie pasjonujący, ale zdecydowanie przedwcześnie wywołany temat.
Jerzy Bukowski












