A może poniosły go tylko nerwy i emocje z powodu niedostania się do PE jego najbliższych współpracowników, przede wszystkim Arkadiusza Mularczyka?
W audycji “Sygnały Dnia” programu I Polskiego Radia były minister sprawiedliwości powiedział, że w PiS potrzebna jest refleksja nad komunikacją społeczną, a w konsekwencji odsunięcie niektórych osób za nią odpowiedzialnych.
– Być może osoby, które odpowiadają za sferę przekazu, komunikacji po stronie Prawa i Sprawiedliwości, powinny podjąć pewną refleksję, może odsunąć się, może powinny też być nowe osoby zaangażowane do tej bardzo ważnej sfery działalności w każdej formacji politycznej – zastanawiał się Ziobro na radiowej antenie.
Jeszcze dalej poszedł w swej krytyce Mularczyk, który startował z trzeciego miejsca w Warszawie. Dziennikarze usłyszeli od niego, że wynik PiS mógłby być lepszy, gdyby była prowadzona inna polityka medialna i gdyby inaczej zostały ułożone listy wyborcze.
– Jeżeli osoby, które startują do europarlamentu, jednocześnie zajmują się kampanią medialną całej partii, to jest to – w mojej ocenie – błędna strategia. (…) Należy wyciągnąć wnioski, czy ta kampania była prowadzona w sposób celowy, rozsądny i racjonalny. Popełniono pewne błędy, jeśli chodzi o konstrukcję czy kształt list. (…) Odnoszę wrażenie, że gdyby były inaczej skonstruowane, startowaliby posłowie generalnie ze swoich okręgów, to wynik mógłby być wyższy o kilka procent. Spot z trzema naszymi koleżankami, które nie startowały do europarlamentu, był strzałem kulą w płot – mówił w Sejmie.
Dopytywany, czy ma na myśli PiS-owskich spin doktorów Adama Bielana lub Michała Kamińskiego (obaj startowali w eurowyborach) i czy partii nie grozi rozłam odpowiedział, że “nie ma rozłamu”, ale “chodzi o wyciągnięcie wniosków, czy takie a nie inne osoby powinny prowadzić politykę medialną w partii”.
Na wypowiedź Ziobry zareagował natychmiast prezes PiS. Podkreślił, że mogła ona wynikać z powyborczych emocji spowodowanych tym, że Ziobro popierał osoby, które nie dostały się do europarlamentu, głównie o najbliższego mu politycznie od pewnego czasu Mularczyka.
– Pan Ziobro może mieć powody do satysfakcji, ale nie wszystkie jego cele zostały spełnione. Ambicje w takich sytuacjach grają olbrzymią rolę. Nie wszyscy wytrzymują. W tej chwili odkreślamy to grubą kreską i idziemy do przodu. Widocznie brakuje mu doświadczenia, pewnego opanowania, ale z czasem je uzyska. W tej chwili powinien uczyć się języka i przygotowywać się do tego, żeby był dobrym, efektywnym posłem europejskim, bo poseł, który nie zna języka angielskiego albo francuskiego, jest posłem czwartej kategorii. On ma teraz twarde zadanie pracować 6-8 godzin nad językiem (…) Bardzo bym chciał, żeby się za to jak najszybciej zabrał, a innne sprawy zostawił. Nie zawsze mu wychodzą – powiedział dziennikarzom.
Po raz pierwszy doszło do tak jawnego starcia na szczytach PiS. Wprawdzie nie od dzisiaj mówi się o coraz większych ambicjach przywódczych Ziobry, wspieranego przez część polityków partii, ale do tej pory główny konflikt przebiegał pomiędzy nim, Mularczykiem oraz Jackiem Kurskim a Bielanem i Kamińskim. Teraz mamy do czynienia z wyraźnym spięciem pomiędzy prezesem partii a jedynym politykiem, który może zagrozić jego pozycji.
Czy to pęknięcie będzie się pogłębiać, czy też naturalne w wyniku uzyskania mandatu w PE zmniejszenie aktywności Ziobry, Bielana i Kamińskiego na krajowym podwórku spowoduje wyciszenie powyborczych emocji? Czy Ziobro rozpoczął już walkę o władzę w partii, czy też spotka go los byłego “trzeciego bliźniaka” – Ludwika Dorna?
Trudno dzisiaj odpowiedzieć na te pytania. Jedno jest natomiast pewne: obserwatorzy polskiej sceny politycznej porzucą na pewien czas rozważania o stosunkach panujących w kierownictwie Platformy Obywatelskiej (zwłaszcza na linii: Donald Tusk – Grzegorz Schetyna) i zajmą się analizą identycznych problemów w PiS.
Jerzy Bukowski











