Ponieważ śmierć gen. Zawadzkiego jest symbolicznym zamknięciem kolejnej karty z najnowszych dziejów polskiego oręża. Był on mianowicie ostatnim żyjącym w kraju oficerem, wypromowanym przez prezydenta II Rzeczypospolitej przed wybuchem II wojny światowej (w sierpniu 1939 roku). Być może gdzieś na uchodźstwie żyją jeszcze jego koledzy z tego samego albo i wcześniejszych roczników, ale w kraju był on ostatnim podporucznikiem, mianowanym przez prezydenta Ignacego Mościckiego.
Jako oficer sztabowy brał udział w kampanii wrześniowej (m.in. w bitwie nad Bzurą), następnie przedostał się za granicę i służył w II Korpusie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, walcząc pod Monte Cassino. W 1947 roku powrócił do rządzonej przez komunistów Polski, ale nie chciał wstąpić do Ludowego Wojska Polskiego. Ukończył więc studia ekonomiczne i do emerytury pracował jako księgowy.
No cóż, nie ma już wśród polskich kombatantów legionistów Józefa Piłsudskiego, ani członków Polskiej Organizacji Wojskowej, pozostała przy życiu nieliczna garstka uczestników wojny 1920 roku. Teraz odszedł na wieczną wartę ostatni oficer z przedwojennej promocji. Historia przewróciła kolejną stronę.
Jerzy Bukowski











