Po prawie dwuletniej przerwie, wybrałem się w środę na operę Christopha Willibalda Glucka, “Orfeo ed Euridice”. Były czasy gdy byłem w Metropolitan Opera bardzo częstym gościem, ale z powodów rodzinnych, zaniedbałem się i moja ulubiona loża #4 na parterze, była długo pusta. Zbyt długo, bo po środowym przedstawieniu, doszedłem do ponownego wniosku, że życie jest zbyt krótkie aby nie korzystać z takich przyjemności. Poza tym, była to również okazja zaprezentować operę po raz pierwszy w życiu, mojej kilkuletniej córce. (Wybrałem Glucka, bo to jedna z krótszych oper, tylko półtorej godziny, a i biegające po scenie diabły i anioły, były w sam raz dla kogoś o krótkim zasięgu uwagi). Udało się. Musieliśmy, co prawda, urozmaicać czas różnymi, dyskretnie spożywanymi, smakołykami, ale tak atmosfera opery, “żywa” orkiestra, jak i wymachujący batutą dyrygent i inscenizacja, podobały się. Najbardziej zresztą podobał się jej Taniec Zbawionych Duchów, i słusznie, bo jest to też i mój ulubiony moment tej opery. Najlepszym, według mnie, wykonawcą tej muzyki, był Jean-Pierre Rampal, zmarły dziewięć lat temu francuski mistrz-flecista. Jego występ w nowojorskim Lincoln Center, podczas festiwalu “Mostly Mozart”, wspominam, ze smutkiem, do dziś.
Drugim spostrzeżeniem z tego wieczoru, jest brak jakichkolwiek śladów recesji w obyciu nowojorskiego mondu. Nie wydawało się aby ktokolwiek myślał o upadku Wall Street i Bernim Madoffie. Panowie w smokingach i garniturach postarzeli się trochę, co prawda, ale za to towarzyszące im, roznegliżowane kobiety w brylantach, proporcjonalnie wymłodnialy. Było na co patrzeć z wysokości parteru. A tłuszcza do wejścia była tak wielka, że przez moment wydawało mi się że wchodzimy do Wall-Martu, który ogłosił 50-procentową przecenę.
Będąc pod wrażeniem takiej atmosfery, zaczynam powoli odkurzać swój dawny pomysł, (który nawet dyskutowałem swego czasu z polonijnym impresario grande z Nowego Jorku, p. Januszem Sporkiem), aby zafundować nowojorskiej Polonii darmowy koncert w Lincoln Center, na przykład w świeżo odnowionej Alice Tully Hall. Myślę o “Koncercie dla Księcia Polski”, z 1740 roku, Antonio Vivaldiego. To byłaby niezła frajda.
Przemysław Jan Bloch
zapraszam do dyskusji na mój
BLOGH Internetowy: www.adwokatbloch.com











