Powodem tej decyzji jest traktowanie go przez młodzież jako tak zwany “dopalacz”, czyli środek pobudzający. Połknięcie kilku tabletek Aviomarinu i popicie ich alkoholem (najlepiej piwem) gwarantuje ponoć “odlotowe” przeżycia, podobne do tych, jakie występują po zażyciu narokotyków.
Nadal będzie on jednak dostępny w wolnej sprzedaży, bez konieczności udawania się do lekarza po receptę. Zdaniem ministerialnych urzędników, takie ograniczenie pozwoli jednak właściwie (dydaktycznie) zareagować aptekarzowi, jeśli młodociany klient poprosi go o kilka opakowań Aviomarinu. Powinien mu wówczas zwrócić uwagę na szkodliwe skutki nadużycia leku, zwłaszcza w połączeniu z alkoholem.
Nie przekonuje mnie ta argumentacja. Ministerstwo wykonało połowiczny ruch. Albo należało uznać Aviomarin za lekarstwo dostępne jedynie na receptę, albo nie wprowadzać żadnych ograniczeń w jego sprzedaży.
Ci, którzy będą chcieli przeżyć dzięki niemu “odlot” pofatygują się do najbliższej apteki, ewentualnie nawet do paru, aby nie kupować go w jednej w większej ilości i nie narażać się na wykład farmaceuty.
Całkiem niepotrzebny kłopot będą miały natomiast osoby udające się w podróż lotniczą, morską bądź samochodową a cierpiące na chorobę lokomocyjną. Do tej pory mogły nabyć Aviomarin w kioskach “Ruchu”, na stacjach benzynowych, w sklepach. Teraz będą zmuszeni udać się po niego do apteki.
No cóż, mamy po prostu kolejny urzędniczy absurd.
Jerzy Bukowski











