Nie mam już żadnych złudzeń, że za czasów rządów Urbańskiego publiczna telewizja celowo i z widocznym upodobaniem odświeża przeróżne relikty komunistycznej propagandy. Nic więc dziwnego, że zmiany prezesa domaga się już nie tylko Liga Polskich Rodzin, ale także część polityków Prawa i Sprawiedliwości. Patrząc na ekrany telewizorów przecierają oni oczy ze zdumienia, bo w kalendarzu mamy rok 2007, a szklana rzeczywistość serialowa wskazuje raczej na 1982.
Skoro dla prezesa Urbańskiego ulubionym bohaterem jest dzielny, niestandardowo myślący oficer MO, wykreowany przez scenarzystów i reżysera w celu zwiększenia zaufania społeczeństwa PRL do organów porządku publicznego, to proponowałbym mu dokręcenie – gwoli prawdy historycznej – jeszcze kilku odcinków “07, zgłoś się”. W sensacyjnym obrazie przygód przystojnego, snobującego się na zachodnich policjantów-twardzieli porucznika brakuje bowiem paru ważnych epizodów z przełomowych momentów naszych najnowszych dziejów, w których na pewno brał czynny udział. Bez ich uwzględnienia Borewicz wydaje się nazbyt jednowymiarowy i schematyczny.
Telewidzowie AD 2007 byliby z pewnością ciekawi, co porabiał ulubieniec pięknych Polek w marcu 1968 roku. Czy przebrany w cywilne ubranie wmieszał się w szeregi studentów na Uniwersytecie Warszawskim, by wyłapywać aktywistów buntu przeciw władzy ludowej, czy też raczej czekał w podziemiach pałacu Mostowskich aż jego koledzy doprowadzą mu ich na przesłuchanie? A może prowadził do szturmu oddziały robotników – zbrojne ramię partii, wskazując, kogo mają bić do nieprzytomności, kogo zaś wrzucić do więźniarki? Na ekranie chętnie prężył przecież muskuły i wywoływał podziw pań swoją sprawnością fizyczną.
A jakież to romantyczne przygody przeżył porucznik Borewicz w grudniu 1970 roku? Czy rzucony na najtrudniejszy odcinek rozprawy ze zanarchizowanym, zbrodniczym i uległym podszeptom zachodnioniemieckich rewizjonistów tłumem, osłaniał odwrót przerażonych towarzyszy z dachu płonącego budynku Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Partii Robotniczej w Gdańsku? Zawsze był posłuszny i lojalny wobec zwierzchników, więc z pewnością nie porzuciłby ich w ogniu walki na pastwę elementów antysocjalistycznych, ani tym bardziej rozwydrzonej tłuszczy, jak określano wówczas na salonach władzy protestujących stoczniowców Wybrzeża.
Prezes Urbański powinien również osobiście doglądnąć scenariusza odcinka, w którym nowocześnie myślący i nieszablonowo działający oficer MO stanął w czerwcu 1976 roku w jednej parze radomskiej “ścieżki zdrowia” z ukształtowanym przez stalinowskie metody traktowania społecznych buntowników porucznikiem Zubkiem i dorównał mu zarówno siłą uderzenia długiej gumowej pałki w robotnicze plecy, jak entuzjazmem w karaniu warchołów, którzy ośmielili się podnieść rękę na socjalizm z ludzką twarzą.
W grudniu 1981 roku porucznik (a raczej już kapitan lub może nawet major) Borewicz również odniósł na pewno wielkie sukcesy, domagające się wręcz kamery filmowej. Wyobrażam sobie dramatyczną scenę, kiedy wkracza w asyście wyposażonej w łomy i siekiery ekipy, by internować Jacka Kuronia. Jakże interesująca mogłaby być ich rozmowa w milicyjnym radiowozie, gdyż – jak pisał Dostojewski w Braciach Karamazow – “z mądrym człowiekiem zawsze przyjemnie jest pogadać”. A przecież obaj interlokutorzy byli niewątpliwie ludźmi inteligentnymi, czyli szanującymi politycznego przeciwnika.
Ten dialog zapadłby w pamięć Borewicza tak mocno, że w połowie lat 80. – już jako oficer sztabowy – urabiałby (oczywiście z pobudek patriotycznych) poprzez sieć tajnych współpracowników grunt pod przyszłe porozumienie między partyjnymi liberałami, a konstruktywną opozycją. Proponuję prezesowi Urbańskiemu, aby w ostatniej scenie końcowego, dodatkowego odcinka “07, zgłoś się”, jego bohater ze łzami autentycznego szczęścia w oczach oglądał na ekranie telewizora historyczny moment podpisania umowy przy Okrągłym Stole.
Trudno byłoby o lepszą klamrę dla uzupełnionego inwencją współczesnych scenarzystów życiorysu odważnego i rozsądnego milicjanta, który rozpoczynał karierę od ścigania przemytników, cinkciarzy i badylarzy, a skończył jako współarchitekt III Rzeczypospolitej, nagrodzony – pod odejściu z czynnej służby – koncesją na usługi ochroniarskie lub fotelem w radzie nadzorczej spółki skarbu państwa.
Gdyby komunistyczna produkcja została w ten lub w podobny sposób istotnie wzbogacona, sam chętnie oglądnąłbym zmodyfikowane przygody porucznika – pułkownika Borewicza.
A zatem, prezesie Urbański, do dzieła! Niech Pan ratuje swój mocno nadwątlony prestiż.
Z Krakowa dla www.Poland.US
Jerzy Bukowski












