– Rozdzieranie szat? Nie dla mnie – powiedział “Faktom” TVN 24.
Pół roku temu 41-letni Nabzdyk leciał śmigłowcem do karambolu na autostradzie A4. Nie dotarł na miejsce, bo ratunkowy Mi2 rozbił się w okolicach Jarostowa na Dolnym Śląsku. W wypadku zginęli pilot i pielęgniarz, a on sam został poważnie ranny – stracił nogę.
Nie poddał się jednak.
– Jestem na takim etapie życia, żeby się nie oglądać za siebie. Takie rozdzieranie szat trochę nie jest po mojemu – mówił w TVN.
I zaczął po swojemu odważny marsz do normalności. Nowoczesną protezę sfinansowało mu ministerstwo zdrowia.
Bez ciężkiej pracy i długotrwałej, monotonnej rehabilitacji nigdy tak szybko nie odzyskałby jednak formy. Ale wystarczyło pół roku, żeby zaskoczył wszystkich – nawet lekarzy, którzy ratowali mu życie zaraz po wypadku.
– Był u mnie na dyżurze niedawno, wszedł dziarskim krokiem, bez kuli – wyglądało to jak cud – opowiadał w “Faktach” podpułkownik Piotr Garba, ordynator z 4 Wojskowego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu.
Nabzdyk wrócił do pracy. Poza dyżurami w karetce pracuje także w miejskim centrum powiadamiania ratunkowego i prowadzi szkolenia. Nigdy nie zastanawiał się, czy, ale kiedy wróci do pogotowia, bo ratownictwo to jego pasja. Jednak z pracy w lotniczym musiał zrezygnować.
– Wejść do śmigłowca, wsiąść, przelecieć się to nie jest problem. Tylko potem trzeba wyjść dynamicznie, szybko i wynieść ze sobą 20,30 kilo sprzętu – wyjaśnił w TVN.
Ale nie znaczy to, że jest niepełnosprawny. Nie czuje się tak, więc o niektóre przywileje nawet się nie stara. Na przykład parkingowe.
– Oczywiście fajnie by było parkować blisko, szczególnie w centrum miasta, ale to jest tutaj szczegół po prostu – zakończył swoją wypowiedź.
Andrzejowi Nabzdykowi wypada pogratulować wielkiego hartu ducha.
Jerzy Bukowski












