Dlatego z wielkim niesmakiem przyjąłem słowa, jakich użył – prowadząc obrady Sejmu III RP – marszałek Bronisław Komorowski, aby zdezawuować Instytut Pamięci Narodowej: “popłuczyny po endecji”. Być może chodziło mu o to, że odchodzący właśnie z IPN Sławomir Cenckiewicz napisał – znakomicie zresztą ocenioną przez historyków – pracę doktorską o Tadeuszu Katelbachu, jednym z filarów obozu piłsudczykowskiego, wypowiadając w niej parę krytycznych uwag o nim?
To bardzo nieeleganckie i niemądre określenie. Mam jednak nadzieję, że nie był to przemyślany epitet, ale marszałka poniosły po prostu nerwy i będzie umiał przeprosić za swój niewybredny wyskok wszystkich, którzy poczuli się nim urażeni. Nie tylko spadkobierców endecji, lecz także piłsudczyków, do których grona akces sam wielokrotnie zgłaszał.
Jerzy Bukowski












