Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie już kilka lat temu proponowało parlamentowi RP pozbycie się tego reliktu komunistycznej przeszłości. Teraz, kiedy rozlegają się – głównie na lewicy – głosy o negatywnym ekonomicznym aspekcie zaznaczenia na czerwono w kalendarzu daty 6 stycznia, nasza propozycja nabiera nowego znaczenia. Gospodarka narodowa nic nie straciłaby, jeśli jedno święto zostałoby zastąpione drugim.
Obrońcy 1 Maja z kręgów Unii Pracy, Unii Lewicy, Nowej Lewicy i Polskiej Partii Pracy podkreślają, że “Dzień Międzynarodowej Solidarności Ludzi Pracy potrzebny jest szczególnie dziś, w Polsce XXI wieku, gdy pracujący stają wobec tych samych zagrożeń, co w XIX i XX wieku” (np. nie płaci im się za nadgodziny, zmusza do pracy za głodowe stawki, odmawia prawa do zrzeszania w związkach zawodowych).
Przyznając im sporo merytorycznej racji, nie sposób jednak nie zauważyć, że piękną tradycję robotniczego święta skutecznie zniszczyli, całkowicie skompromitowali i doszczętnie obrzydzili obywatelom państw byłego obozu socjalistycznego rządzący w nich komuniści.
Dzisiaj 1 Maja nie kojarzy się wcale ze słusznymi postulatami pracobiorców wobec pracodawców, ale z nie mającymi nic wspólnego z troską o los tych pierwszych masowymi spędami ku czci powszechnie nie lubianej i nie szanowanej (by nie użyć mocniejszych określeń) sowieckiej władzy, zniewalającej swoich poddanych politycznie, wyzyskującej ich ekonomicznie i upadlającej moralnie. Dzieła zniszczenia dokonali zaś w Polsce ideowi poprzednicy tych, którzy stroją się obecnie w piórka obrońców ludzi pracy, licząc na ich poklask oraz na aprobatę wszystkich, którzy nie lubią, jak im się cokolwiek odbiera (a jest z ich pewnością wielu).
Dlatego też w pełni popieram projekt wymiany święta Pracy na rzecz święta Trzech Króli w polskim kalendarzu dni wolnych od pracy. I chcę wierzyć, że gorąco optujący za zmianą barwy dnia 6 stycznia z czarnej na czerwoną chrześcijanie (prawosławni i grekokatolicy świętują wtedy wigilię Bożego Narodzenia) solidarnie poprą ten postulat, wytrącając przeciwnikom z rąk także argumenty o ekonomicznym charakterze.
Jerzy Bukowski












