Jak poinformowało na podstawie rozmów z góralami Radio RMF FM, wypasający na tatrzańskich halach owce bacowie nie mogą odgonić się od odwiedzających ich szałasy turystów, a juhasi uciekają na ich widok do lasu, byle tylko nie musieć odpowiadać na tysiące głukowatych pytań i złośliwych docinków.
Życie bacy i bez tego nie jest lekkie. Spędza niemal pół roku z dala od cywilizacji, bez prądu i bieżącej wody, czuwając całą dobę, by owiec nie porwał mu wilk. Na dodatek w letnim sezonie turystycznym napadają na niego tysiące ceprów, którzy wciskają swój nos dosłownie wszędzie, nawet do psiej budy, narażając się na odgryzienie go.
To, że nie wszyscy wiedzą, jak postępować z pasterskimi psami (najczęściej owczarkami podhalańskimi), czy z owcami, nie dziwi, ale niektóre – niby fachowe – pytania zadawane przez turystów przyprawiają o ból głowy nawet najbardziej odpornych górali. Trudno im też zachować spokój, kiedy ceper najpierw rzuca się w niewiadomym celu na krowę, a potem ma pretensję, że go lekko poturbowała.
Turyści przynoszą w góry sporo pieniędzy, ale równie wiele agresji, a za to mało kultury. Reporterowi RMF żalili się tak bacowie, jak pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego. Ci drudzy starają się znaleźć jakieś socjologiczne uzasadnienia dziwnych zachowań ceprów, ci pierwsi – nie przebierając w słowach – twierdzą, że część turystów jest głupsza od baranów z ich stada.
Jerzy Bukowski











