Linie lotnicze na całym świecie starają się obniżać koszta, rosnące ostatnio w związku ze znaczącymi podwyżkami cen paliwa. Niektórzy przewoźnicy ograniczają ilość zabieranej na pokład samolotów wody, a także papieru toaletowego, serwują napoje w plastikowych pojemnikach, a nie w metalowych puszkach, rezygnują z używania ciężkich, metalowych sztućców i porcelanowej zastawy w biznes i pierwszej klasie.
Przy okazji przeprowadzono badania, które wykazały, że w ostatnich 10 latach przeciętna waga pasażera w powietrznym transporcie wzrosła o…5 kilogramów. W “Misiu” komentarz byłby jednoznaczny: “słuszną linię ma nasza władza”.
Poszukiwania oszczędności objęły więc również pasażerów. Za tę samą cenę biletu podróżuje przecież i odżywiająca się kiełkami szczupła niewiasta, i otyły miłośnik piwa oraz hamburgerów. Gdyby wszyscy zostali zważeni razem ze swym bagażem przed wejściem na pokład, można byłoby w niektórych lotach dołożyć rząd foteli, a w innych zdemontować go.
Szczupli pasażerowie coraz częściej zgłaszają pretensje, że powinni mieć prawo do większego bagażu w ramach wykupionego biletu, niż ich bardziej otyli współtowarzysze podniebnej podróży. Trudno odmówić logiki takiemu rozumowaniu: skoro człowiek waży mniej, to winno mu przysługiwać prawo niepłacenia za nadbagaż, jeżeli w sumie nie przekracza wraz z nim określonej w regulaminie lini lotniczej liczby kilogramów.
Ani na Okęciu, ani w PLL “Lot” nie myśli się na razie o tak daleko idących rozwiązaniach. Władze portu lotniczego chcą się na razie po prostu zorientować w ilości “obywatelokilogramów”, odprawianych w swoich terminalach. Na wnioski przyjdzie zapewne czas nieco później, zgodnie z koncepcjami, jakie wypracują najwięksi światowi potentaci w zakresie pasażerskiego transportu lotniczego.
Jerzy Bukowski











