Z dzisiejszego punktu widzenia taki sposób spędzania wakacji śmiało można by nazwać szkołą przetrwania. My traktowaliśmy jednak nasze obozowe zajęcia jako całkiem zwyczajne i nikogo nie raziły, ani nie odstręczały spartańskie warunki spędzenia miesiąca w lesie. Wręcz przeciwnie, wszyscy – tak kadra instruktorska, jak i nasi wychowankowie – w napięciu czekaliśmy przez cały rok, aby sprawdzić swoje harcerskie umiejętności w praktyce.
Nocowanie w przeciekających podczas ulewnych deszczów namiotach, mycie się w zimnej wodzie, rąbanie drewna do kuchni, przygotowywanie posiłków w pamiętających niekiedy przedwojenne czasy parnikach i garnkach stanowiło wielką frajdę i jedyne, czego się obawialiśmy, to nie zapowiedzianej wizyty inspektorów sanepidu. Ale i oni wykazywali się zrozumieniem harcerskiego stylu obozowania, rzadko wytykając poważniejsze uchybienia.
Z wyższością spoglądaliśmy na kolonie, organizowane przez zakłady pracy, na których wszystko musiało być podporządkowane wygodzie ich uczestników, a wychowawcami byli najczęściej nauczyciele i studenci pedagogiki, obawiający się wszelkiego ryzyka, nie pozwalający więc dzieciom na to, co je najbardziej pociągało w oddaleniu od rodziców, czyli wystawianie się na choćby maleńkie niebezpieczeństwo.
Dzisiaj jest już o wiele trudniej sprostać coraz bardziej rygorystycznym nakazom i zakazom, stawianym organizatorom letnich obozów. Nawet drużyny i szczepy słynne ze wspaniałych tradycji w tej dziedzinie muszą ich surowo przestrzegać, a rodzice powierzonych opiece młodych instruktorów dzieci coraz częściej kręcą nosem na zbyt prymitywne warunki, panujące na harcerskich obozach.
Kto chce przeżyć w lecie atrakcyjne przygody, odrywając się na parę tygodni od komputera i telefonu komórkowego, ten wybiera jednak nadal obóz jednej ze zdrowo pod tym kątem rywalizujących ze sobą organizacji harcerskich. Komu bardziej potrzeba odrobiny luksusu, ten wyjeżdża z rodzicami na wczasy lub samodzielnie na kolonie.
Ten ostatni rodzaj wakacyjnego wypoczynku zaczyna się ostatnio – głównie z przyczyn finansowych, ale niekiedy również z powodu niefrasobliwości i niepodpowiedzialności kadry wychowawczej – upodabniać do obozowego stylu, ale w jego najgorszej wersji. Można to stwierdzić, czytając najnowszy raport Głównego Inspektoratu Sanitarnego, z którego wyłania się dosyć ponury obraz kolonijnej rzeczywistości w pierwszej połowie tegorocznych wakacji.
Bywa, że dzieci są głodne i brudne, zmuszane do pracy, a starsze znęcają się nad młodszymi, czego nie zauważają wychowawcy. Wśród skontrolowanych kolonii znalazły się takie, które zlokalizowano w zrujnowanych budynkach, z grzybem w kabinach prysznicowych, nie domykającymi się oknami, pokojami bez mebli. Trafiały się nawet obiekty bez łazienek.
Różnego rodzaju zaniedbania wykryto w co trzeciej placówce kolonijnej, w skrajnych przypadkach sanepid zmuszony był nawet przerwać dzieciom wypoczynek, który bardziej kojarzył się z obozem przetrwania, niż z w miarę luksusowymi wakacjami. Na organizatorów fatalnych kolonii nałożono 2 tysiące kar finansowych na łączną sumę 28 tysięcy złotych.
Optymistyczne jest jedynie to, że warunki higieniczno-sanitarne poprawiły się w porównaniu z ubiegłymi latami.
Pozostaje jednak pytanie: ile kolonii organizowanych jest “na dziko”, bez rejestracji w kuratorium i bez stosownych zezwoleń? I co się na nich dzieje?
Jerzy Bukowski











