Jest to znakomite rozwiązanie z punktu widzenia kierownictwa każdego ugrupowania, które chciałoby mocniej związać ze sobą swoich członków. W każdej kadencji parlamentu zdarzają się bowiem odejścia z klubu i zmiany barw partyjnych, co niekiedy zagraża utrzymaniu większości rządowej. Pół biedy, jeżeli poseł czy senator nie wstępuje do innego klubu i zachowując niezależność często popiera w głosowaniach swoich dawnych kolegów. Gorzej, jeśli wstępuje w szeregi konkurencji politycznej.
Konstytucja RP w paragrafie 1 artykułu 104 nie pozostawia wątpliwości w tej materii: “Posłowie są przedstawicielami Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców.” Jasno wynika z niego, że każdy parlamentarzysta może bez wyrzutów sumienia “zdradzić” zarówno tych, którzy zaufali mu jako przedstawicielowi konkretnej partii, jak i jej przywództwo. Nie da się przecież wykluczyć, że – taka jest najczęstsza motywacja zmiany barw partyjnych – to nie on porzucił swoje poglądy i dlatego odchodzi, lecz ugrupowanie przestało być im wierne.
W propozycji PiS mowa jest jednak nie tylko o utracie mandatu z powodu odejścia z partii, lecz także na skutek wykluczenia z niej. A to brzmi groźnie, ponieważ szefostwo danego ugrupowania może w ten sposób pozbyć się ze swego grona nie chcianych osób bez obawy, że zwiększą one stan posiadania politycznej konkurencji.
Szykuje nam się bardzo ciekawa i gorąca dyskusja, chociaż – moim zdaniem – kluczowy powinien być w niej przytoczony wyżej zapis konstytucyjny.










