Ta historia przypomniała mi się, kiedy przeczytałem informację, że Sąd Okręgowy w Warszawie wszczął proces przeciw generałowi Czesławowi Kiszczakowi, byłemu ministrowi spraw wewnętrznych PRL, o wyrzucenie z pracy oficera Służby Bezpieczeństwa za posłanie córki do Pierwszej Komunii Świętej. Jest to zbrodnia komunistyczna, polegająca na dyskryminacji z powodu wyznania. Akt oskarżenia wnieśli prokuratorzy Instytutu Pamięci Narodowej, według których gen, Kiszczak przekroczył swoje uprawnienia, wydalając ze służby porucznika Romualda K. z Koszalina, za co grozi kara do trzech lat pozbawienia wolności.
Były szef resortu spraw wewnętrznych w komunistycznym rządzie ma na sumieniu zbrodnie o znacznie większym ciężarze gatunkowym, o czym wie każdy, choć trochę zainteresowany najnowszą historią swej ojczyzny Polak. Odpowiada już przed sądem m.in. za bezprawne wprowadzenie w grudniu 1981 roku stanu wojennego oraz za wydanie rozkazu, na mocy którego strzelano do górników kopalni “Wujek”.
Te sprawy toczyć się będą zapewne jeszcze przez wiele lat i jest wielce prawdopodobne, że oskarżeni nie dożyją końca procesów. Stare powiedzenie głosi, że “na bezrybiu i rak ryba”. Gorliwość prokuratorów IPN jest zrozumiała: chcą doprowadzić do skazania gen. Kiszczaka choćby za drobne – w porównaniu z innymi czynami, o jakie jest oskarżany – przestępstwo.
Nie sposób oprzeć się jednak wrażeniu, iż jest to podobna sytuacja, w jakiej Al Capone został przyłapany na matactwach podatkowych, podczas gdy wszyscy wiedzieli, że był on mającym na rękach krew wielu ofiar bezwzględnym “capo di tutti capi”.
Jerzy Bukowski













