Nazywa się Saint Stanislaus. Parafia ma początki w latach 1878–1883, gdy polscy osadnicy zbudowali pierwszy skromny kościół; obecna monumentalna gotycka świątynia, zaprojektowana przez Johna W. Rossa, została poświęcona w 1901 roku. Miejscowość, w której stoi, nazywa się Warsaw – na cześć stolicy Polski. Kilkadziesiąt kilometrów dalej leżą Poland, Minto i Ardoch (w starszych źródłach także Ardock) – kolejne polskie osady. To jest serce Polonii, o którym rzadko usłyszysz w polonijnej prasie z Chicago, Detroit czy Nowego Jorku. Polonia, która powstała na samej granicy Stanów i Kanady, w stanie, gdzie Polacy nigdy nie byli liczni, ale zostawili ślady, których wciąż nie da się zatrzeć. Tylko że dziś tych śladów już prawie nikt nie szuka.
Jak Polacy dotarli na koniec świata
Wszystko zaczęło się od dwóch rzeczy: Homestead Act z 1862 roku i kolei Northern Pacific Railroad. Ustawa Lincolna obiecywała każdemu osadnikowi 160 akrów ziemi za darmo, jeśli przez 5 lat ją uprawiał. Kolej dawała transport. W latach 1870-1900 do Dakoty Północnej napłynęły tysiące imigrantów ze Skandynawii, Niemiec, Czech, Ukrainy i – w mniejszej, ale zauważalnej liczbie – z Polski. Polscy osadnicy w Dakocie Północnej nigdy nie stanowili dużej liczby w porównaniu z Wisconsin czy Pensylwanią. Według raportu Komisji Imigracyjnej z 1911 roku, trzy stany Środkowego Zachodu – Michigan, Minnesota i Wisconsin – obejmowały sześćdziesiąt trzy procent wszystkich polskich farmerów pierwszego pokolenia. Ale Dakota Północna była wymieniana razem z Iową, Nebraską i Arkansas jako miejsce, gdzie polscy rolnicy „byli pionierami”.
Większość przybyła w latach osiemdziesiątych XIX wieku, głównie z ziem zaboru pruskiego – zwłaszcza z Pomorza, Kaszub i Prus Zachodnich. Część dotarła do Dakoty przez wcześniejsze polskie osady w Minnesocie i Wisconsin, w ramach migracji łańcuchowej. Wielu mówiło dialektem kaszubskim lub pomorskim; byli też dwujęzyczni w języku niemieckim. W Polsce pracowali na ziemi pańskiej; w Dakocie po raz pierwszy w życiu mieli własny grunt. Klimat był mocniejszy niż w Wisconsin – mroźne zimy, krótkie lata, wiatry wiejące przez prerie bez przerwy. Ale ziemia była ciemna, żyzna, dawała pszenicę. Po latach pracy okazało się, że Polacy z Dakoty żyli lepiej niż ich kuzyni w fabrykach Chicago i Milwaukee. Raport Komisji Imigracyjnej cytowany przez badacza Polonii w 1911 roku podsumował to bez ogródek: „Żadna grupa obywateli, czy imigrantów, czy potomków imigrantów, nie mogła wymagać większego materialnego postępu, lepszych budynków, domów, kościołów, szkół i budynków miejskich, niż polskie osiedla wokół Warsaw, Poland, Minto i Ardock w hrabstwie Walsh w Dakocie Północnej”.
Saint Stanislaus, Katedra Prerii
Sercem polskiej Dakoty stał się kościół św. Stanisława w miejscowości Warsaw, hrabstwo Walsh. Parafia powstała w latach 1878–1883, kiedy grupa polskich rolników postawiła pierwszy, skromny drewniany kościół. Przez kolejne dwie dekady, w miarę jak społeczność rosła i bogaciła się, parafianie zaczęli marzyć o czymś większym. W 1901 roku poświęcono monumentalną gotycką świątynię, zaprojektowaną przez architekta Johna W. Rossa. Jej rozmach – jak na polską parafię w środku amerykańskiej prerii – był niespodziewany. Okoliczne społeczności protestanckie zaczęły mówić o niej z mieszanką podziwu i ironii: „katedra na prerii”. Nazwa się przyjęła. Do dziś Saint Stanislaus w Warsaw, Dakota Północna, jest oficjalnie nazywany „Cathedral of the Prairie” w lokalnej dokumentacji turystycznej.
Saint Stanislaus był tylko jednym z około dziesięciu polskich kościołów założonych w dolinie Czerwonej Rzeki Północnej, biegnącej granicą Dakoty Północnej i Minnesoty. Polscy imigranci zakładali parafię wokół Warsaw, Poland (tak, miejscowość Poland w Dakocie!), Minto, Ardoch, Florian, Stanisławowo. Niektóre z tych nazw zniknęły z map w ciągu kilku dekad. Inne wciąż istnieją, choć ich polski rodowód znają już tylko miejscowi historycy. Niektóre kościoły zostały zamknięte, gdy potomkowie polskich osadników zaczęli migrować do miast. Saint Stanislaus jednak wciąż istnieje i działa jako parafia. Wciąż odbywają się tam msze – choć już prawie wyłącznie po angielsku.
Sienkiewicz na Wielkich Równinach
Jedną z najbardziej zaskakujących polskich postaci, które przewinęły się przez amerykański Zachód, był Henryk Sienkiewicz – przyszły laureat Nagrody Nobla z literatury, autor „Trylogii”, „Quo Vadis” i „W pustyni i w puszczy”. W latach 1876–1878 Sienkiewicz odbył podróż po Stanach Zjednoczonych jako młody dziennikarz „Gazety Polskiej”. Pisał z niej „Listy z podróży do Ameryki”, w których relacjonował amerykański Zachód, konflikt o Black Hills, sytuację Siuksów oraz politykę rządu USA wobec rdzennych mieszkańców. Sienkiewicz nie był częścią polskiej kolonii w Dakocie i nie ma dowodów, że osobiście dotarł do polskich osad nad Czerwoną Rzeką. Ale jego listy pokazują coś ważnego: polskie spojrzenie na amerykański Zachód pojawiło się wcześniej niż wielka miejska Polonia. Sienkiewicz pisał o Indianach z empatią, jakiej w ówczesnej prasie amerykańskiej raczej nie było.
Wcześniej, dużo wcześniej, w prerie tej części Ameryki dotarł Karol Radzimiński – polski oficer powstania listopadowego z 1830 roku. Po klęsce powstania uciekł do Stanów Zjednoczonych. Wstąpił do armii amerykańskiej, walczył w wojnie meksykańskiej. Po wojnie służył na pograniczu Teksasu i brał udział w pracach związanych z wytyczaniem granicy amerykańsko-meksykańskiej. Jego nazwisko nosił Camp Radziminski – posterunek wojskowy na terenie dzisiejszej Oklahomy. Polacy byli na zachodnich rubieżach Ameryki, zanim większość Polonii usłyszała o Chicago.
Co zostało dziś
Polonia w Dakocie Północnej nigdy nie była liczna w porównaniu z Wisconsin czy Pensylwanią. Współczesne dane ankietowe American Community Survey wskazują, że około piętnaście tysięcy mieszkańców Dakoty Północnej deklaruje polskie pochodzenie – to niespełna 2% populacji stanu. Ich obecność nadal jest jednak widoczna. Encyklopedia Wielkich Równin odnotowuje, że dystynktywna polsko-amerykańska kultura „pozostaje żywa w niektórych większych skupiskach osadnictwa”, co potwierdzają „aktywne polskie towarzystwa fraternalne w Dakocie Północnej”. Towarzystwa polskie wciąż się spotykają. Wciąż organizują wydarzenia społeczne, wciąż utrzymują kontakt z parafiami.
Saint Stanislaus wciąż stoi i wciąż jest punktem na mapach turystycznych Dakoty Północnej. Cmentarz przy kościele jest pełen polskich i kaszubskich nazwisk – pradziadków, dziadków, ojców, synów powtarzających się przez pokolenia. Przeszło sto lat polskiej obecności wpisanej w pomniki nagrobne. Język polski w domu i w kościele utrzymywał się w Dakocie przynajmniej do połowy dwudziestego wieku, jak odnotowuje Encyklopedia Wielkich Równin. Dziś rzadziej. Ale nazwiska nie zniknęły. Polska Dakota nadal istnieje – w kościele, na cmentarzu, w towarzystwach, w nazwach miejscowości.
Dlaczego o tym piszemy tak rzadko
Tu jest pytanie, które warto sobie zadać: dlaczego prasa polonijna w Stanach – w Chicago, w Nowym Jorku, w Detroit – tak rzadko pisze o Polonii w Dakocie Północnej? Dlaczego o tej historii nie ma artykułów, programów, książek pisanych dla szerokiej polonijnej publiczności? Odpowiedź jest prosta i smutna. Polonia w Stanach Zjednoczonych jest podzielona na dwie warstwy: tę widoczną – wielkomiejską, instytucjonalną, polityczną, w Chicago i Nowym Jorku, w Greenpoincie i Hamtramck – i tę niewidoczną. Ta niewidoczna jest na farmach Wisconsin, w małych miastach Pensylwanii, w teksańskiej Pannie Marii, w Dakocie Północnej.
Niewidoczna Polonia mówi już rzadko po polsku. Jej trzecie i czwarte pokolenie zasymilowało się głębiej. Nie głosuje na Polonię – głosuje na siebie, jako na Amerykanów polskiego pochodzenia, dla których Polska to babciny przepis na pierogi, ślubna fotografia z 1934 roku, polskie nazwisko w drugim rzędzie nagrobków na Saint Stanislaus. Polonijne instytucje, takie jak parafie, organizacje fraternalne, polskie szkoły sobotnie, redakcje dwutygodników – wszystkie powstawały w wielkich miastach. Tam, gdzie była masa krytyczna. W Dakocie tej masy nie było. I dziś nie ma kogoś, kto by tę historię opowiadał.
A historia jest ważna. Bo jest historią Polaków, którzy – tak jak Polacy w Bostonie, Chicago, Pittsburghu czy Detroit – zostawili Polskę nie z chciwości, lecz z konieczności. Pruskie zabory, biedy ziemskiej, religijnej presji. Przyjechali do Stanów z niczym. Postawili kościoły. Założyli rodziny. Zostawili nazwiska. Ich potomkowie nadal tu są. Tylko nikt o nich nie pisze, bo nie krzyczą o sobie. Bo Dakota Północna nie ma polonijnej gazety, a w polonijnych gazetach z Chicago i Nowego Jorku Dakota Północna jest tak daleko, że łatwiej jest napisać o Polsce.
Co warto zrobić
To moment, żeby polonijna społeczność z wielkich miast – i my, „Głos Polonii w USA”, w pełni z tego wymówienia wiemy – przypomniała sobie, że Polonia to nie tylko Greenpoint, Hamtramck i Niles. Że Polonia ma także swoje korzenie wśród pszenicznych pól Walsh County, na ulicach miasta o nazwie Warsaw, w cieniu „Katedry Prerii”. Polacy z Dakoty Północnej nie potrzebują naszej uwagi, żeby istnieć – są tam od pięciu pokoleń i zostaną. Ale potrzebujemy ich, żeby zrozumieć, kim jesteśmy. Polonia wielkomiejska bez Polonii rolniczej to opowieść połowiczna. Brak nam tych, których nie widać. A przecież są.
Saint Stanislaus, „Katedra Prerii”, jest jednym z najpiękniejszych polskich kościołów w Ameryce. Mało kto z nas o nim słyszał. Może czas zacząć słuchać.
Ewelina Modrzejewska, poland.us
Polonia w Dakocie Północnej – zapomniana karta amerykańskiej Polonii | Główne osady polskie: Warsaw (hrabstwo Walsh), Poland, Minto, Ardoch (w starszych źródłach Ardock), Florian, Stanisławowo | Pierwsi osadnicy: lata 1870–1880, głównie z ziem zaboru pruskiego – Pomorza, Kaszub, Prus Zachodnich; część przybyła w ramach migracji łańcuchowej przez wcześniejsze polskie osady w Minnesocie i Wisconsin | Mechanizm migracji: Homestead Act 1862 + kolej Northern Pacific Railroad | Główny kościół: St. Stanislaus w Warsaw, ND – parafia założona w latach 1878–1883 (pierwszy drewniany kościół z 1883), obecna gotycka świątynia zaprojektowana przez Johna W. Rossa, poświęcona w 1901 roku, znana jako „Cathedral of the Prairie” | Liczba parafii: około 10 w dolinie Red River North (po obu stronach granicy ND/MN) | Liczebność dziś: ok. 15 000 osób polskiego pochodzenia w stanie (niespełna 2% populacji ND) według American Community Survey | Wielkie kontekstowe nazwisko: Henryk Sienkiewicz – w latach 1876–1878 podróżował po Stanach, pisał „Listy z podróży do Ameryki” dla „Gazety Polskiej”, w tym o konflikcie o Black Hills i Siuksach; nie jest potwierdzone, że dotarł do polskich osad w Dakocie | Wcześniejsza polska obecność: Karol Radzimiński – uchodźca powstania listopadowego 1830, oficer w wojnie meksykańskiej, służył przy wytyczaniu granicy USA-Meksyk; jego nazwisko nosił Camp Radziminski na terenie dzisiejszej Oklahomy | Wciąż żywe: aktywne polskie towarzystwa fraternalne w ND, msze w Saint Stanislaus, polskie i kaszubskie nazwiska na cmentarzu parafialnym | Na podstawie materiałów Encyclopedia of the Great Plains (UNL), North Dakota Studies, Walsh County Historical Society, Prairie Public Broadcasting, Polish Roots, MNopedia, U.S. Census ACS oraz oficjalnej strony parafii St. Stanislaus / Sacred Heart
Czytaj więcej na Poland.us.












