Na temat projektu, który realizuje na Wybrzeżu Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP trwa już od pewnego czasu ożywiona dyskusja, dotycząca jego przesłania. Zasadnicze pytanie brzmi: czy ma ono obrazować głównie polski punkt widzenia na II wojnę, czy też powinno uwzględniać racje i cierpienia innych, biorących w niej udział narodów, w tym niemieckiego?
Podczas gdy my szlachetnie rozprawiamy o potrzebie życzliwego pochylenia się nad tragicznym losem nie tylko naszych rodaków, ale również nacji, która wywołała (w sojuszu z drugą) światowy kataklizm i ponosi odpowiedzialność za jego wszelkie konsekwencje, autorzy projektu Domu Historii Europy zapomnieli m.in. o: jednej z największych bitew średniowiecza, czyli Grunwaldzie, obronieniu przez Polskę całego kontynentu przed sowieckim najazdem w 1920 roku, niezaprzestaniu oporu przeciw Niemcom w początku października 1939 roku i wymyślonym nad Wisłą “okrągłym stole” jako pokojowej formie wychodzenia z komunizmu.
Kierując się zasadami politycznego słuszniactwa oraz wyraźną niechęcią do chrześcijaństwa, pomysłodawcy tej placówki minimalizują także wpływ katolicyzmu na rozwój Europy.
Z pewnością nie tylko Polacy zgłaszają swoje pretensje do tego projektu, który ma wyraźny francusko-niemiecki “przechył”. Każdy naród chciałby mieć w nim jak najlepsze miejsce i trudno się temu dziwić.
Ale skoro potraktowano Rzeczpospolitą jako niegodne większej uwagi peryferia Europy, to może należy bez zbędnych skrupułów wykorzystać tę okazję i zmienić na nieco bardziej polocentryczne założenia gdańskiej placówki muzealnej?
Bądźmy zdecydowanie odważniejsi w głoszeniu swoich poglądów, zwłaszcza tam, gdzie jest to możliwe, bo wszystko od nas samych zależy. Jeśli nie zadbamy o nasz narodowy i państwowy interes, nie łudźmy się, że ktoś będzie tak uprzejmy, ze nas w tej kwestii wyręczy.
Jerzy Bukowski











