Do tej pory opinia publiczna była przekonana, że jeśli coś zawodzi w naszych siłach zbrojnych, to wyłącznie sprzęt, a jeśli czegoś im brakuje, to jedynie pieniędzy. Nie do pomyślenia było natomiast kwestionowanie wysokiego morale, fachowych kwalifikacji, ambicji, odwagi i skłonności do poświęcenia tak kadry oficerskiej oraz podoficerskiej, jak i szeregowych żołnierzy. Tymczasem z opracowanego po tragicznym upadku samolotu raportu wynika, że skala nonszalancji i nieodpowiedzialności sporej części oficerów naszego lotnictwa wystawia im fatalne świadectwo.
Nie sprawdziło się buńczuczne powiedzenie byłego ministra obrony narodowej, a obecnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, że “polski lotnik w razie potrzeby poleci nawet na drzwiach od stodoły”. Samolot był bowiem w pełni sprawny, żadne urządzenia pokładowe nie zawiodły, poważnie zawinili natomiast ludzie, którzy wykazali się – tak w powietrzu, jak i na ziemi – przerażającym brakiem odpowiedzialności, a może także zbytkiem brawury.
Rozumiem, że najbardziej nawet ryzykowne manewry (w rodzaju lądowania w skrajnie niesprzyjających warunkach atmosferycznych, np. przy minimalnej widoczności) można, a nawet trzeba wykonywać w warunkach bojowych, kiedy zagrożenie życia wpisane jest w procedury. Jak ocenić jednak znakomicie wyszkolonych i mających być autorytetami dla swoich podwładnych oficerów, którzy świadomie lekceważą przepisy w czasie pokoju, narażając siebie i innych na zupełnie niepotrzebną śmierć?
Ze smutkiem muszę napisać, że tym razem powszechnie szanowana przez społeczeństwo armia – której elitą zawsze byli i nadal pozostają piloci – skompromitowała się z kretesem. Nie wiem, czy niezbyt pochopne nie były wobec tego decyzje o pośmiertnych awansach dla wszystkich ofiar katastrofy i stawianie im pomnika na miejscu tragedii.
Z dużym uznaniem przyjmuję natomiast postawę ministra obrony narodowej Bogdana Klicha, który podjął szybkie i zdecydowane decyzje personalne, odwołując ze stanowisk oraz przenosząc do rezerwy kadrowej osoby w największym – ustalonym przez komisję – stopniu odpowiedzialne za doprowadzenie do katastrofy sprzed dwóch i pół miesiąca.
Mam nadzieję, że nie zawaha się on także przed ujawnieniem całości (poza sprawami objętymi tajemnicą państwową) gotowego już raportu na temat przyczyn styczniowego dramatu w celu ukrócenia lub – co byłoby dodatkowym ciosem w prestiż rodzimego lotnictwa – potwierdzenia krążących po kraju plotek, jakoby w kabinie pilotów były poza nimi inne, wyższe rangtą osoby, wydające im dyspozycje co do lądowania.
Ofiarom nikt nie zwróci życia. Oby MON i Wojsko Polskie umiały jednak wyciągnąć jak najwięcej wniosków na przyszłość z tej kompromitującej naszą armię tragedii. I obyśmy nie musieli się już nigdy za nią tak boleśnie wstydzić.
Jerzy Bukowski













