A jednak zdarzają się osoby ogólnie szanowane i uznawane za moralne wzorce nawet przez żarliwych wyznawców bezkompromisowo zwalczających się obozów ideologicznych, czy też politycznych. Muszą to jednak być ludzie o niekłamanym autorytecie, potrafiący przerzucać pomosty ponad wszelkimi podziałami i jednoczyć zwaśnionych przeciwników wokół najwyższych wartości.
Takim człowiekiem był Ojciec generał Adam Studziński. Nigdy nie krył swojej sympatii do ideologii narodowej, a jednocześnie pełnił funkcję honorowego wiceprzewodniczącego Komitetu Opieki nad Kopcem Józefa Piłsudskiego i kapelana Marszu Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej, będąc także honorowym członkiem wielu organizacji, mających w nazwie imię Komendanta.
Doskonale pamiętam, jakim szacunkiem obdarzali go u schyłku swego życia legioniści Piłsudskiego, którym użyczał miejsca na spotkania w pomieszczeniach dominikańskiego klasztoru. Byłem przekonany, że Ojciec Adam jest ideowym piłsudczykiem i dlatego zdziwiło mnie, kiedy z początkiem lat 80., gdy go o to zapytałem, odpowiedział wprost, że bardziej odpowiadają mu poglądy polityczne endeków. Pełniąc jednak przez kilka lat posługę kapelana w II Korpusie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie przekonał się, jak szkodliwe jest ujawnianie poglądów politycznych w warunkach zagrożenia bytu państwowego i dlatego postanowił wspierać duchowo wszystkich, którzy po 1945 roku nie zaprzestali walki o odzyskanie przez Polskę niepodległości, bez względu na to, z jakich pozycji ideowych ją prowadzili.
A ponieważ w Krakowie najsilniejsze były zawsze środowiska piłsudczykowskie i to one nadawały ton antykomunistycznej opozycji w ostatnich latach istnienia PRL, więc Ojciec Adam bez chwili wahania stanął w jednym szeregu ze spadkobiercami myśli politycznej Komendanta. Niekiedy, w prywatnych rozmowach, krzywił się trochę na słabość współczesnych narodowców, ale zawsze – np. podczas spotkań opłatkowych z licznymi organizacjami patriotycznymi – zdecydowanie podkreślał, że choć są one bliskie jego sercu, to jednak żywi on ogromny szacunek dla Piłsudskiego i ukształtowanych przez niego ludzi bezinteresownej służby Polsce.
Jestem pewien, że gdyby decyzją zakonnych przełożonych skierowany został do miasta, w którym rej wodzą późni uczniowie Romana Dmowskiego (np. do Poznania), też gromadziłby wokół siebie tamtejszych piłsudczyków, ucząc jednych i drugich przezwyciężania wzajemnej nieufności w imię solidarnej miłości ojczyzny.
Bo taki właśnie był Ojciec Adam – człowiek nawołujący do zgody i wspólnej walki o niepodległą Polskę, a następnie o utrwalanie jej suwerenności w jednoczącej się Europie. Za to go kochaliśmy i w tym zawsze chcieliśmy go – a piszę to jako zdeklarowany, ale bynajmniej nie żywiący wrogich uczuć wobec narodowców piłsudczyk – naśladować.
Wybacz nam, Ojcze Adamie, jeśli okazaliśmy się zbyt mało pojętnymi uczniami.
Jerzy Bukowski












