Zwolennicy PO uznają w niej polityczny majstersztyk godny prawdziwego męża stanu, opozycja zarzuca Tuskowi tchórzostwo i drwi z podanej przez niego motywacji.
Chcę zwrócić uwagę na nieco inny aspekt tej sprawy i przyznaję, że jako pierwszy w zdecydowany sposób uwypuklił go były prezydent Aleksander Kwaśniewski w wypowiedzi dla Telewizji TVN 24. Chodzi mianowicie o sposób, w jaki obecny premier potraktował najwyższy urząd w państwie, o który ubiegał się przecież w poprzednich wyborach.
Żadnemu odpowiedzialnemu politykowi, zwłaszcza pretendującemu do miana męża stanu, nie wypada dezawuować autorytetu i znaczenia prezydentury własnego państwa, nawet jeśli słusznie uważa on ją za mniej istotną w procesie sprawowania rzeczywistej władzy od premierostwa.
Pomijam już niezbyt ciekawą sytuację, w jakiej postawił Tusk kandydata PO do objęcia schedy po Lechu Kaczyńskim, który będzie teraz rywalizował jedynie o możliwość siedzenia po żyrandolem i popijania czerwonego wina, a nie o skuteczne rządzenie Polską, co premier szczerze wyznał w kilku wywiadach. Sprawa jest poważniejszej natury, a dotyczy próby zniszczenia w oczach opinii publicznej prestiżu stanowiska, na które aktualny premier nie ma ochoty.
Jest to przejaw bardzo niedobrego z politycznego punktu widzenia zachowania: dla wytłumaczenia własnej decyzji niefrasobliwie rujnuje się zaufanie i poważanie rodaków dla majestatu Rzeczypospolitej, uosabianego przez głowę państwa, wyłanianą przez nich w bezpośrednich wyborach. Czy Donald Tusk nie zdaje sobie sprawy, że właśnie wysłał czytelny sygnał do wszystkich chcących brać za kilka miesięcy udział w tej elekcji Polaków, iż nie warto trudzić się pójściem do urn, bo przecież ten urząd nie ma większego znaczenia?
To bardzo poważny błąd człowieka, który chce uchodzić za męża stanu, a pozostaje typowym polskim politykiem, skupionym głównie na negowaniu wszystkiego, z czym jest mu akurat nie po drodze.
Jerzy Bukowski











