Ich relacja nie jest tak szczegółowa, jak cytowane przeze mnie kilka dni temu w Polonusie sprawozdanie kapitana Aleksandra Muramszczikowa, dowódcy zastępu straży pożarnej ze Smoleńska, opublikowane przez gazetę “Moskowskij Komsomolice” i cytowane przez wiele krajowych mediów oraz portali internetowych, ale również przedstawia wstrząsający obraz tego, co zastały one po przybyciu na miejsce upadku tupolewa.
– Miałyśmy dyżur na pogotowiu i dostałyśmy wezwanie. Przyjechałyśmy na lotnisko i zobaczyłyśmy jeszcze gorące szczątki samolotu i ciała tych, którzy zginęli. Na miejscu pracowała straż pożarna. Podeszłyśmy zobaczyć, czy może ktoś jest żywy, ale nikt nie przeżył – powiedziała dziennikarzowi PAP Irina Tałałajewa.
A Oksana Jurijewna dodała, że “dopiero jak dojechaliśmy na miejsce, dowiedzieliśmy się, że to samolot prezydencki”.
Obie lekarki od razu były pewne, iż nikt z pasażerów i załogi nie przeżył.
– To rzeczywiście były szczątki, pokaleczone ciała. Z takimi obrażeniami ludzie nie przeżywają. To było straszne. Ogromne, wypalone pole, wszystko w paliwie lotniczym i częściach ludzkich ciał. Naprawdę straszne. Funkcjonariusze Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych rozłożyli celofan i zaczęli te szczątki po kawałkach wynosić i układać pod numerami, przyporządkowując poszczególnym osobom. Potem przywieźli trumny i z jednej strony były szczątki, a z drugiej góra trumien – relacjonowała Tałajewa.
Jak twierdzą obie lekarki, nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziały.
Jerzy Bukowski
(130).jpg)











