Tayler przypomniał, że Władimir Putin mówił kilka dni temu o możliwości użycia broni atomowej w ewentualnym konflikcie z należącymi do NATO państwami Europy Środkowej, a 14 sierpnia powiedział zgromadzonym w Jałcie przedstawicielom Dumy, że planuje “zaskoczyć Zachód naszymi nowymi rozwiązaniami w kwestii ofensywnej broni jądrowej, o których jeszcze nie mówimy”.
Zdaniem naukowca i wieloletniego krytyka prezydenta Rosji, a także byłego dyrektora Centrum Studiów Strategicznych w Moskwie i komentatora politycznego BBC World Service Andrieja Piontkowskiego Putina stać na taki ruch, ponieważ wie on o niechęci NATO do niesienia pomocy poszczególnym członkom Paktu. Dlatego pierwsze uderzenia atomowe skierowane byłyby w Warszawę, w Wilno czy w Tallin.
A ja zupełnie nie boję się takiego scenariusza, ponieważ wiem, że w przypadku zrzucenia ładunku jądrowego na stolicę Polski, Litwy, czy Estonii przywódcy NATO i Unii Europejskiej zareagowaliby tak, że Putin skryłby się ze strachu do mysiej nory. Wprowadziliby następne sankcje ekonomiczne, np. zakazali eksportu marchewki do Rosji, zabroniliby wjazdu na teren UE kolejnym czterem, a może nawet pięciu kremlowskim politykom, przysłaliby do naszego kraju jeszcze dziesięć samolotów F-16. Czy wobec możliwości takiego odwetu Putin odważyłby się zaatakować nuklearnie Warszawę?
















