Amerykanin zapytany o imieniny zwykle nie rozumie pytania. Nie dlatego, że nie zna zwyczaju — po prostu w angielszczyźnie nie ma na to naturalnego słowa. Name day to kalka, którą trzeba tłumaczyć. A w polskim domu w New Jersey babcia potrafi obrazić się, jeśli nikt nie zadzwoni 26 lipca.
Skąd ta różnica i dlaczego akurat w Polsce zwyczaj przetrwał tak długo?
Skąd się wzięły imieniny
Tradycja wyrasta z wczesnochrześcijańskiego kultu świętych i męczenników. Dzień śmierci świętego traktowano jako dzień jego narodzin dla nieba i to właśnie tę datę wpisywano do kalendarza liturgicznego. Każdy dzień roku otrzymał w ten sposób swojego patrona.
Osoba nosząca imię danego świętego obchodzi swoje święto w dniu jemu poświęconym. Nie chodziło pierwotnie o samą osobę, lecz o patrona, pod którego opiekę ją oddano — to różnica, która tłumaczy, dlaczego zwyczaj był tak silnie zakorzeniony w kulturze katolickiej.
Uporządkowanie tej praktyki przyniósł Sobór Trydencki w XVI wieku, który ujednolicił kalendarz katolicki i zasady kultu świętych. Od tego czasu zwyczaj rozprzestrzenił się w katolickiej Europie — i najmocniej przyjął się tam, gdzie katolicyzm był najsilniejszy: w Polsce, Czechach, na Węgrzech, we Włoszech i Hiszpanii.
Dlaczego imieniny wygrały z urodzinami
Tu tkwi najciekawszy element tej historii, a jest on całkiem praktyczny.
Przez stulecia daty urodzenia nie były powszechnie zapisywane ani pamiętane — zwłaszcza wśród ludzi prostych. Metryki prowadzono nieregularnie, a i sam zainteresowany bywał niepewny własnej daty urodzin.
Imieniny miały nad tym przewagę nie do pobicia: data była publiczna. Wisiała w każdym kalendarzu, w każdej kuchni. Nie trzeba było niczego pamiętać ani nikogo pytać — wystarczyło spojrzeć, czyj dziś dzień, i złożyć życzenia.
Do tego dochodził wymiar religijny. Urodziny były sprawą prywatną, imieniny łączyły się z patronem i kościołem — a to nadawało im rangę, której świeckie urodziny nie miały.
Efekt był taki, że w dawnej Polsce imieniny obchodzono uroczyściej niż urodziny. Dorosły mężczyzna mógł nie wiedzieć, kiedy się urodził, ale wiedział doskonale, kiedy ma imieniny.
Co z tego zostało w Ameryce
W Stanach zwyczaj zderza się z kulturą, która tego kodu nie zna. Amerykańskie kalendarze nie podają patronów, szkoła o imieninach nie wspomni, a w pracy nikt nie zapyta.
W praktyce zwyczaj utrzymuje się w rodzinach polskich w USA na dwa sposoby. Pierwsze pokolenie zwykle pamięta o swoich imieninach i o imieninach rodziców w Polsce — telefon w tym dniu bywa stałym punktem roku. Drugie i trzecie pokolenie częściej zna tylko urodziny, chyba że w domu ktoś świadomie tę tradycję podtrzymuje.
Największą praktyczną przeszkodą jest banalna rzecz: gdzie sprawdzić datę. W Polsce wystarczy dowolny kalendarz. W Ameryce trzeba szukać w internecie — a nikt nie szuka czegoś, o czym nie pamięta, że istnieje.
Dlatego kalendarze z polskimi imieninami wciąż trafiają do domów polonijnych i wciąż wiszą w kuchniach. Nasze kieszonkowe wydanie Mini Polish Pages zawiera kalendarz na dwanaście miesięcy — z imieninami oraz świętami polskimi i amerykańskimi w jednym miejscu.
Jak się obchodzi imieniny
Zwyczaj jest prostszy niż urodziny i na tym polega jego urok. Nie wymaga prezentów ani przygotowań — wystarczy telefon, kwiaty albo drobiazg.
W polskiej tradycji solenizantowi śpiewa się Sto lat, tak samo jak na urodzinach. Klasycznym prezentem imieninowym są kwiaty — częściej niż na urodziny, bo sam gest liczy się bardziej niż wartość podarunku.
Jeśli ktoś ma imię, które w kalendarzu pojawia się kilka razy w roku — a to częste — przyjmuje się zwykle datę najbliższą urodzinom albo tę, która utrwaliła się w rodzinie. Nie ma tu sztywnej reguły.
W polonijnych realiach wystarczy najmniej: zadzwonić. Dla starszego pokolenia w Polsce ten telefon 26 lipca albo 4 grudnia znaczy więcej, niż się wydaje — bo pokazuje, że ktoś po drugiej stronie oceanu jeszcze pamięta, jak się to liczy.
Redakcja · 2 sierpnia 2026












