KONTAKT   I   REKLAMA   I   O NAS   I   NEWSLETTER   I   PRENUMERATA
Niedziela, 7 marca, 2021   I   07:07:46 PM EST   I   Flicyty, Kajetana, Pauli
  1. Home
  2. >
  3. STYL ŻYCIA
  4. >
  5. Trochę historii

Podolski przekłuł balon

09 czerwca, 2008

Podolski przekłuł balon

Na początku, dla odreagowania fatalnego nastroju, jaki stał się udziałem wielu Polaków po niedzielnej porażce naszych piłkarzy z Niemcami, przytoczę dwie anegdoty, które zaczynają coraz częściej pojawiać się w „futbolowych Polakach rozmowach”.

Pierwsza ma formę pytania i odpowiedzi na nie:
„Z kim spotka się reprezentacja Polski w drugiej rundzie mistrzostw Europy? Z kibicami na Okęciu.”

Druga też nabiera aktualności, oby nie do końca:
„Polacy grają zawsze trzy mecze grupowe: otwarcia, o wszystko i o honor.”

Piłkę nożną nazywa się często najpoważniejszą z niepoważnych spraw tego świata. Daleki jestem więc od rozdzierania szat z powodu jednej przegranej i to w meczu ze zdecydowanym faworytem nie tylko naszej grupy, ale w ogóle całych mistrzostw Europy, z którym w dodatku nie zaznaliśmy jeszcze nigdy smaku zwycięstwa. Podzielam natomiast opinię Jana Tomaszewskiego, że wcale nie jest ważny wynik spotkania z Niemcami, ale wyjście z grupy. Bo pojechaliśmy na ten turniej nie po to, żeby odnieść historyczne zwycięstwo z zachodnim sąsiadem, ale by jak najdłużej utrzymać się w grze.

Niestety, polskie media nadmuchały tak gigantyczny balon sportowych oczekiwań i narodowej próżności właśnie przed pierwszym meczem, że kiedy nasz grający w barwach Niemiec rodak, Łukasz Podolski, przekłuł go dwoma precyzyjnymi uderzeniami, poczuliśmy wszyscy, jakby spuszczono powietrze z całego Rzeczypospolitej.

A przecież mistrzostwa dopiero się zaczynają i wystarczy nam tylko wygrać z Austrią i z Chorwacją, aby awansować do ćwierćfinału, nie oglądając się na rezultaty pozostałych spotkań w grupie. Tylko! Nie będzie to łatwe zadanie, ale z pewnością nie jest też tak trudne, jak pokonanie Niemców. Jeśli uda nam się wygrać mecz o wszystko, do jakiego teraz urasta czwartkowa potyczka ze współgospodarzami imprezy, to ostatnie starcie w pierwszej fazie rozgrywek wcale nie będzie wyłącznie o honor, ale znowu o wszystko, czyli o wyjście z grupy.

Pomimo że jestem wiernym kibicem (ale nie zaliczam się do grona fanatyków) polskiej reprezentacji narodowej, uważam że z psychologicznego punktu widzenia może i dobrze się stało,  iż Niemcy utarli nam zbyt wysoko podniesiony nos. Zostaliśmy sprowadzeni na ziemię i teraz trzeba będzie po niej twardo stąpać, bo wprawdzie nasi następni rywale są do ogrania, ale w meczu, jaki rozegrali między sobą pokazali kawałek dobrego futbolu. Chorwaci zaliczają się do europejskiej czołówki, a gospodarzom zwykły pomagać nawet ściany, których role najczęściej odgrywają na sportowych imprezach sędziowie.

Nie sądzę więc, by rację mieli ci, którzy już dzisiaj szydzą z podopiecznych Leo Benhakeera, ani też ci zaklinający rzeczywistość słowami przyśpiewki-pocieszycielki: „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. Coś niedobrego wydarzyło się bowiem w niedzielny wieczór na murawie boiska w Klagenfurcie, ale to jeszcze nie koniec gry. Wprawdzie pesymiści powiadają, że „nadzieja jest matką głupich”, ale optymiści puentują, że każda matka kocha swoje dzieci, nawet te nie bardzo wydarzone.

Czyli jednym zdaniem: „Do boju biało-czerwoni!”

Jerzy Bukowski
REKLAMA - DODAJ FIRMĘ