Nie dziwi mnie, że średnio zorientowany w meandrach peerelowskiej przeszłości obywatel Rzeczypospolitej myli kontakt operacyjny (KO) z kontaktem służbowym (KS) i nie widzi istotnej różnicy pomiędzy sprawą operacyjnego rozpracowania (SOR), a sprawą operacyjnego sprawdzenia (SOS). Gorzej, że często na równi traktuje tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa (TW) z kandydatem na niego (KTW). Trudno w to uwierzyć komuś, kto żyje tymi zagadnieniami na co dzień, ale takie są fakty.
Wielu czynnych w antykomunistycznej opozycji ludzi było wielokrotnie i na różne sposoby kuszonych przez bezpiekę do podpisania zgody na współpracę z nią, ale nie dało jej się złamać, wykazując podziwu godną niezłomność swego charakteru. Tymczasem ujawnienie dzisiaj przez IPN suchej informacji, że figurowali w zapisach SB jako kandydaci na tajnych współpracowników, traktowane jest przez niepokojąco sporą liczbę Polaków jako jednoznaczne z udowodnieniem im, iż byli w jakiś sposób związani z tajną policją.
A przecież wielu z tych latami bezskutecznie dręczonych KTW uzyskało od Instytutu status osób poszkodowanych, a więc żadna współpraca nie wchodziła w rachubę. Przypomina to stare powiedzenie o człowieku, któremu ukradziono rower: nieważne, czy to on ukradł, czy jemu ukradli, ale niewątpliwie zamieszany był w kradzież.
Rozumując w ten sposób, zaciera się wszelkie różnice między katami a ofiarami, winnymi a niewinnymi, bohaterami a zdrajcami. Tylko ten, kto konsekwentnie niczego ryzykownego w PRL nie robił, unikał jakiegokolwiek zaangażowania w życie publiczne, siedział jak przysłowiowa mysz pod miotłą, może być spokojny, że jego nazwisko nigdy nie wypłynie w materiałach IPN. Ale wcale nie byłbym na jego miejscu stuprocentowo pewny, ponieważ jego dane mogły trafić do czyjejś teczki i tak został – wprawdzie w zupełnie neutralnym kontekście, ale jednak – “umoczony”.
Zalecałbym więc swoim rodakom uważne zapoznawanie się z precyzyjnie podawanymi przez archiwistów Instytutu Pamięci Narodowej informacjami, ponieważ można z nich naprawdę wiele wyczytać, oczywiście przy wykazaniu minimum dobrej woli oraz intelektualnego wysiłku. Łatwo jest bowiem kogoś niefrasobliwie zniesławić, przyczepiając mu z gruntu fałszywą etykietkę, trudniej natomiast oczyścić później czyjeś bezpodstawnie skalane dobre imię.
Z Krakowa dla www.Poland.US
Jerzy Bukowski











