Lech Kaczyński nie ma oczywiście ustawowego obowiązku przemawiania na pierwszym posiedzeniu niższej izby parlamentu, ale taki gest wrogości wobec posłów (a raczej obcej mu politycznie większości parlamentarnej) mógłby sobie jednak darować, wznosząc się ponad doraźne podziały i emocje.
Głowie demokratycznego państwa nie przystoi takie postępowanie. Od ostrych słów oraz spektakularnych gestów są premier i jego ministrowie, a także liderzy partyjni. Im jest do twarzy z takim zachowaniem, chociaż też powinni umieć trzymać nerwy na wodzy i miarkować się we wzajemnych połajankach. Prezydent winien zaś na każdym kroku udowadniać (choćby serce i braterska miłość dyktowały mu coś innego), że nie jest poplecznikiem żadnej ze stron politycznych sporów.
Jest mi – jako obywatelowi Rzeczypospolitej – smutno, że głowa mojego państwa niepotrzebnie wikła się w tę żenującą demonstrację. Zamiast dumnie pełnić rolę strażnika konstytucji i starać się łagodzić wojenną atmosferę, Lech Kaczyński pokazuje nam twarz obrażonego i rozgniewanego polityka, podczas gdy powszechnie oczekuje się od niego, że będzie umiał sprostać – nawet w niesprzyjających mu okolicznościach – roli męża stanu.
Może zmieni więc jeszcze zdanie i przemówi w poniedziałek nie tylko w Senacie, ale i w Sejmie?
Jerzy Bukowski











