Nie wiem, ile jest prawdy w doniesieniach prasy niemieckiej na ten temat, ale gdyby okazało się, że przedstawiciele Polski rzeczywiście wykazali podczas tych obrad zdecydowaną postawę, przejawiającą się nawet aktami słownej (bo w fizyczną pozwolę sobie nie wierzyć) agresji wobec partnerów rozmów, to byłby to wyłącznie powód do dumy dla obywateli RP i najlepszy dowód na to, że przestaliśmy wreszcie być pariasami oraz wasalami liderów zachodniej Europy.
Spotkania przywódców państw często obfitują w ostre spięcia, które rzadko wychodzą jednak (zazwyczaj dopiero po wielu latach) na jaw. W kulisach obrad, dokąd nie docierają dziennikarze, odbywają się często sceny bardzo odległe od tych, które obserwujemy na pełnych cukierkowych uśmiechów i nienaturalnych grzeczności zdjęciach z ich oficjalnych inauguracji oraz zakończeń. Dyplomacja wymaga bowiem różnych zachowań: jest w niej miejsce i na sympatyczne poklepywanie się po plecach oraz prawienie sobie komplementów, i na sformułowania dalekie od wersalskich konwenansów.
Jeżeli więc nie pałający do siebie na co dzień nadmierną sympatią prezydent i minister spraw zagranicznych RP wspólnie walczą o interes Polski, z którym wiąże się obecnie poszerzenie NATO o Ukrainę oraz Gruzję, używając mało parlamentarnych lecz wywołujących wrażenie środków perswazji wobec zachodnioeuropejskich partnerów, nie powinniśmy się wstydzić ani popadać w zażenowanie, ale przyklasnąć takiej odważnej postawie naszych najwyższych władz.
Jerzy Bukowski













