Mając w pamięci poprzednie wypowiedzi Grzegorza Napieralskiego (także udzielane już po wyborczym zwycięstwie, odniesionym nad Wojciechem Olejniczakiem) jestem jednak w stanie uwierzyć, że partia pod jego przewodnictwem faktycznie zamierza rozpocząć zdecydowaną kampanię w celu zapewnienia ochrony prawnej ateistom, usunięcia symboli religijnych z urzędów (od krzyża w sali plenarnej Sejmu poczynając), zwolnienia z Wojska Polskiego kapelanów, refundowania antukoncepcji i ułatwienia dokonywania aborcji.
Zawsze twierdziłem, że SLD jest nieodrodnym ideowym spadkobiercą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i wielu jego członkom marzy się danie niejednego przytyczka w nos Kościołowi. Wystarczy poczytać “Trybunę”, “Przegląd” i “Nie”, aby przekonać się, jak żywe są w tej partii uczucia nienawiści do religii oraz pretensje do kolejnych liderów za zbyt przymilne traktowanie tej instytucji.
Poprzednie kierownictwa Sojuszu też składały się z zawziętych ateistów, ale nie podkreślały swej antykościelnej postawy, utrzymując przyzwoite, jeśli wręcz nie życzliwe stosunki z kościelną hierarchią. Ani Aleksander Kwaśniewski, ani Józef Oleksy, ani Leszek Miller nie ogłaszali totalnej wojny z Kościołem, czym zrażali do siebie co bardziej zapalczywych towarzyszy z żelaznego elektoratu postkomunistów.
Teraz, kiedy gospodarczy liberalizm zawłaszczyła na polskiej scenie politycznej Platforma Obywatelska, a rolę obrońców skrzywdzonych przez bezlitosne dla słabych prawa wolnego rynku wzięło na siebie Prawo i Sprawiedliwość, SLD postanowił pójść na religijną wojnę. Ponieważ część jego elektoratu odeszła już dawno (co wykazały ostatnie wybory parlamentarne) w kierunku PO i PiS, Napieralski uznał, że trzeba skupić się na “twardym jądrze”, które z radością przyjmie taką właśnie strategię.
Oznacza ona jednak dobrowolne samobójstwo, gdyż ludzi owładniętych nienawiścią do kleru nie jest w Polsce aż tak dużo, jak się to nowemu kierownictwu SLD wydaje. W dodatku część spośród potencjalnych adresatów takiego programu zawaha się nad jego poparciem, co innego bowiem narzekać i krytykować po cichu, co innego stanąć zaś z otwartą przyłbicą przeciw potężnej instytucji, cieszącej się ogromnym zaufaniem zdecydowanej większości Polaków.
Napieralski podejmuje duże ryzyko, ale trzeba też przyznać, że odważa się głośno i otwartym tekstem formułować skrajnie lewicowy program, który jego poprzednicy przehandlowywali za cenę brylowania w towarzystwie purpuratów na salonach III Rzeczypospolitej i zawierania przeróżnych ideowych oraz politycznych kompromisów, niegodnych prawdziwego komunisty.
Jerzy Bukowski











