“Musimy przystąpić natychmiast do likwidacji osuwisk, bo inaczej może dojść do tragedii” – odpowiadają specjaliści z referatu drogownictwa Powiatu Tatrzańskiego. Na drodze do odwiedzanego w letnim sezonie wycieczkowym przez kilka tysięcy osób dziennie jeziora jest bowiem 6 osuwisk, w tym jedno bardzo rozległe: na 70 metrów. Aby je zabezpieczyć, trzeba będzie zamknąć ruch kołowy.
“Trudno, niech cepry poćwiczą trochę nogi” – mówi dyrekcja Tatrzańskiego Parku Narodowego. “Krucafiks, a z czego będziemy żyć?” – denerwują się górale, zarabiający dowożeniem i odwożeniem turystów tzw. fasiągami, czyli specjalnymi wozami konnymi oraz sprzedający przy tej trasie oscypki, bunc, żętycę, ciupagi i inne podhalańskie pamiątki.
Zabezpieczenie i likwidacja osuwisk ma kosztować ponad 5 milionów złotych, a współfinansuje je Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju.
Warto przypomnieć, że szlak do Morskiego Oka powstał w 1902 roku jako droga bita, uformowana z tłucznia wapiennego. Zmodernizowano ją na przełomie lat 50. i 60. XX wieku, pokrywając asfaltem. Od dawna jest zamknięta dla zmotoryzowanych, można pokonać ją albo pieszo, albo korzystając z zaprzęgu konnego.
Skoro piszę już o wysokogórskich problemach, to zakończę mój artykuł apelem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, aby wybierający się na słowacką stronę polscy turyści pamiętali o wykupieniu ubezpieczenia. Kosztuje ono zaledwie dwa złote na dzień (można je nabyć po obu stronach granicy), podczas gdy średnia wycena wyprawy ratunkowej słowackiej Horskiej Slużby z użyciem śmigłowca sięga kilkudziesięciu tysięcy zł. Drogo płaci się również – w przypadku nieposiadania polisy – za transport zwłok.
TOPR i HS przypominają, że z wypłaty ubezpieczenia mogą skorzystać wyłącznie ci turyści, którzy nie schodzą ze szlaków.
Jerzy Bukowski











