Ten pomysł oburzył na równi ulicznych grajków (wśród których nie brak absolwentów konserwatoriów zza wschodnich granic Polski), jak i miejscowe środowisko muzyczne. W ich zgodnej opinii jedynym uczciwym arbitrem dla każdego, kto chce w ten sposób zarabiać, jest publiczność, która albo uznaje jego talent i wrzuca mu pieniądze do kapelusza czy futerału na instrument, albo omija go szerokim łukiem. Po co więc przeprowadzać taki egzamin? – pytają.
Władze Krakowa bronią się, używając argumentu o konieczności zapewnienia wysokiego poziomu ulicznych występów muzycznych, bo przecież jest to jedna ze stolic europejskiej kultury. Wybitni przedstawiciele świata artystycznego pukają się jednak znacząco w głowy i nie uważają takiego tłumaczenia za przekonujące.
Jedynym problemem jest w tej dziedzinie przewaga podaży nad popytem. Wielu muzykantów musi szukać sobie miejsc do grania, ponieważ punkty położone w najlepszych z ekonomicznego punktu widzenia rejonach Śródmieścia i Kazimierza są już od dawna obsadzone. Jeżeli magistrat chciałby pomóc w rozwiązaniu tej kwestii, może dałoby się znaleźć jakiś consensus.
Urządzanie egzaminów na ulicznych grajków jest jednak typowym przykładem (nie pierwszym i na pewno nie ostatnim) urzędniczej nadgorliwości, której ujście lepiej byłoby znaleźć w innych poczynaniach na rzecz poprawy codziennego bytu mieszkańców i zapewnienia przyjemnego zwiedzania Krakowa licznym turystom z całego świata. Może prześwietny magistrat przyjrzałby się na przykład pamiątkom-potworkom, oferowanym w centrum miasta i wyeliminował je jako przejaw ewidentnej antypromocji podwawelskiego grodu oraz lansowania kiczu?
Jerzy Bukowski











