Takim słowom należy tylko przyklasnąć, ponieważ politycy powinni hołdować wysokim wartościom moralnym, a jeśli deklarują się jako ludzie wierzący i zapisują do partii, która konsekwentnie głosi potrzebę wierności etycznym zasadom chrześcijaństwa, muszą uważać nie tylko na to, co robią na scenie publicznej, ale także jak zachowują się w życiu prywatnym.
Dyscyplinowanie i przywoływanie do porządku przez kierownictwo takiego ugrupowania tych jego członków, którzy jawnie łamią owe zasady i sprzeniewierzają się wysokim wartościom, zasługuje na pełne uznanie. Trzeba jednak uważać, kto występuje w roli pouczającego.
Gosiewski jest rozwodnikiem, podobnie jak Dorn. Lepiej by więc było, aby “żelaznego Ludwika” strofował ktoś mający czystą kartę w tej materii. Przewodniczący klubu był bowiem wyjątkowo niewiarygodny w roli, którą przyszło mu odegrać. Niemal wszyscy dziennikarze przypomnieli natychmiast identyczną sytuację rodzinną obu polityków i nietrudno się domyśleć, jakie były reakcje opinii publicznej, zwłaszcza że pierwsza żona Gosiewskiego właśnie dopomina się w sądzie o podwyżkę płaconych przez niego alimentów na ich dziecko.
Nie po raz pierwszy i zapewne nie po raz ostatni PiS zachowało się jak słoń w składzie porcelany. Chcąc podkreślić wysokie standardy moralne, jakie muszą na co dzień spełniać jego członkowie (“o wartościach nie wystarczy mówić z trybuny sejmowej” – grzmiał Gosiewski), dokonali fatalnego, ośmieszającego ich wyboru osoby do realizacji tego zadania.
Jerzy Bukowski












