Obserwując reakcje poważnych przedstawicieli strony niemieckiej na agresywne sformułowania Bartoszewskiego wobec pani Steinbach mam – z pewnością nie ja jeden – uzasadnione wątpliwości, czy tym razem solidnie nie przesadził, wywołując naturalny w takiej sytuacji odruch obronny w Berlinie.
Chcąc zmarginalizować postać szefowej Związku Wypędzonych, uczynił z niej – w oczach wielu Niemców – ofiarę niezbyt zrozumiałej dla nich napaści i chyba przysporzył jej nawet trochę sympatii, a z pewnością zmobilizował ją do kontrofensywy. Podbudowana wypowiedziami swoich rodaków (polityków i dziennikarzy) już zapowiedziała, że nie wyklucza zajęcia w niedalekiej przyszłości stale czekającego na nią miejsca w radzie nadzorczej “Widomego Znaku”.
To, co wolno publicyście, nie przystoi politykowi. Bartoszewski chyba zapomniał o tej prostej regule, nieoczekiwanie sprawiając kłopot rządowi RP. Wprawdzie przedstawiciele wszystkich liczących się w Polsce partii natychmiast poparli go w mediach, ale z pewnością w kuluarowych rozmowach opinie w tej sprawie są bardziej zniuansowane. Można było bowiem poprowadzić tę ważną rozgrywkę z najnowszą historią w tle w nieco łagodniejszy – przynajmniej w publicznym odbiorze – sposób.
Byłoby paradoksem, gdyby to właśnie odpowiadający za urabianie dobrej atmosfery w stosunkach polsko-niemieckich Władysław Bartoszewski nieopatrznie przyczynił się do jej popsucia swoimi nazbyt emocjonalnymi i mało dyplomatycznymi wypowiedziami o Erice Steinbach. W polityce od wieków liczy się bowiem przede wszystkim skuteczność, a nie ostentacyjne wykrzykiwanie historycznej prawdy, nawet przez najbardziej nobliwych jej głosicieli. Czasami dyskretny szept w gabinecie przynosi lepsze efekty niż spektakularne mnożenie barwnych epitetów w przestrzeni publicznej.
Jerzy Bukowski











