O ile można jeszcze zrozumieć, że przy prowadzącej z Krakowa do stolicy Tatr szosie pojawiają się “góralskie karczmy”, w których autentycznie góralską herbatką popija się prawdziwie góralskie moskaliki, o tyle “góralska” kiełbasa, “góralska” kaszanka, a nawet “góralska pizza”, oferowane w barze nad Bałtykiem nie mają już nic wspólnego z mieszkańcami Podhala.
Starosta tatrzański Andrzej Gąsienica-Makowski tłumaczy ten wysyp nazw z korzyścią dla górali. Skoro ktoś chce podnieść atrakcyjność swojej propozycji gastronomicznej odwołaniem się do góralszczyzny, jest to z jednej strony nadużycie, z drugiej zaś splendor dla całego regionu Podtatrza, ponieważ przymiotnik “góralski” powszechnie traktuje się w całym kraju jako synonim “doskonałego”.
Nie wszystkim podoba się takie nadużycie terminologiczne. List otwarty w tej sprawie do mieszkańców Podhala wystosował Jacek Sowa – dziennikarz i podróżnik który napisał w nim, że “czas zastrzec słowo <góralski>, aby żaden łachmyta nie podpierał swoich handlowych nadziei tym, co dla innych jest wiekową wartością”.
Administracyjne zastrzeżenie tego słowa jest jednak – zdaniem Urzędu Patentowego – niemożliwe, choćby dlatego, że górale mieszkają nie tylko na Podhalu, ale wszędzie tam, gdzie są góry, czyli w wielu państwach świata. Nie można też skutecznie zakazać twórcom reklam używania w nich słowa “góralski”.
No cóż, pozostaje nam chyba tylko pogodzić się z niepowstrzymanym zalewem fałszywej góralszczyzny, ewentualnie głośno wyśmiewać oferowane nam produkty o takiej nazwie, jeżeli jest ona niczym nie uzasadniona.
Jerzy Bukowski











