Taki jest mój komentarz do dyskusji, jaka rozpętała się po wieczornych przemówieniach prezydenta RP Andrzeja Dudy i prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego w dniu 6. rocznicy tragedii smoleńskiej. Pierwszy wezwał do ogólnego przebaczenia, drugi zaznaczył, że musi być ono poprzedzone przyznaniem się do winy i wymierzeniem kary tym, którzy postąpili źle.
Wielu polityków i publicystów zaczęło natychmiast konfrontować te wypowiedzi, zauważając poważny rozdźwięk między nimi, a nawet sugerując jakoby Kaczyński udzielił Dudzie napomnienia (reprymendy) za złamanie linii, której twardo trzyma się PiS w sprawie oceny odpowiedzialności poprzedniego rządu za to, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku na smoleńskim lotnisku.
Z różnego rozłożenia akcentów w obu rocznicowych przemówieniach nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Każdy z mówców powiedział to, czego można się było od niego spodziewać z racji sprawowanej przezeń funkcji. Tylko tyle i aż tyle.










