Lepiej jednak, jeśli w walce zbrojnej za swoją ojczyznę umrą nasi wrogowie niż my. Gotowość do poświęcenia życia dla kraju jest cenna i winna być nagradzana dobrą pamięcią u potomnych, ale rozpoczynając walkę należy myśleć nie o zaszczytnej śmierci na placu chwały, lecz o odniesieniu zwycięstwa. Wygrywa ta strona, która umieści na cmentarzach i w szpitalach więcej żołnierzy przeciwnika – takie jest jedno z brutalnych praw wojny, które powinni przyswoić sobie wodzowie armii, politycy i moraliści.
Dlatego też z niesmakiem przeczytałem wypowiedź Jana Lityńskiego, którą wygłosił podczas debaty oksfordzkiej w Teatrze Polskim w Warszawie pod wielce dwuznacznym hasłem “Nie warto umierać za ojczyznę”:
– Ci młodzi ludzie, którzy są zgromadzeni pod Jasną Górą, chcą umierać za ojczyznę? Nie. Oni chcą zabijać za ojczyznę. Większość z nich, o ile się znam na psychologii tych młodych ludzi, by uciekła.
Pomijając niczym nie uzasadnioną insynuację zawartą w ostatnim zdaniu, Lityński dokonał ewidentnego nadużycia przeciwstawiając umieranie zabijaniu. A przecież ten, kto jest gotów zabijać w obronie ojczyzny, w oczywisty sposób liczy się również z możliwością własnej śmierci. Idąc na wojnę powinien jednak przede wszystkim myśleć o zadaniu jak największych strat wrogom.
Lityński w moralnie niedopuszczalny sposób sugeruje, że zbierający się na różnych religijnych i patriotycznych manifestacjach młodzi Polacy są owładnięci żądzą mordu, w głębi dusz pozostają zaś tchórzami, a w dodatku ojczyzna niewiele dla nich znaczy.
To duża obraza sporej liczby ludzi, a zarazem poważny błąd logiczny wynikający z niewłaściwego stosowania dużego kwantyfikatora. Generalizowanie zawsze wypacza rzeczywistość i dlatego nie napisałem w pierwszym akapicie o wszystkich Polakach.
Jan Lityński albo bez zastanowienia, albo perfidnie i z pełną premedytacją znieważył znaczną część młodych rodaków, szkalując ich oraz przypisując im takie intencje, które pasowały mu z politycznego punktu widzenia.










