Takich “darmozjadów”, którzy maja zrekompensować fiskusowi to, że nie uczestniczyli w finansowaniu wydatków publicznych, wykryto tylko 50 tysięcy, a nie pół miliona, jak przewidywały władze w Mińsku.
W tamtejszych mediach trwa dyskusja na temat skuteczności ściągania tego podatku, który Białorusini płacą po raz pierwszy.
“Walka z nieróbstwem zaostrzyła się na Białorusi wiosną ubiegłego roku, kiedy prezydent Alaksandr Łukaszenka podpisał stosowny dekret. Zobowiązuje on wszystkie osoby w wieku produkcyjnym, które nie przepracują przynajmniej 183 dni w roku, do płacenia specjalnego podatku od bezrobocia. Jest to jednorazowa opłata, równowartość ok. 800 złotych. Średnia pensja na Białorusi to mniej więcej dwa razy tyle (we wrześniu 2016 r. wynosiła 376 dolarów)” – czytamy w gazecie.
Władze argumentują, że chodzi im o mobilizację osób długo nie podejmujących żadnych starań, by podjąć pracę, a celem podatku jest również nakłonienie ludzi zarabiających w szarej strefie do legalizacji swoich dochodów.
“- To nie jest dobry instrument do rozwiązania problemu szarej strefy. Jeśli człowiek zarabia na czarno i ma dochody, to bardziej mu się opłaca zapłacić jednorazowo równowartość 200 dolarów, niż zalegalizować swoją działalność” – stwierdził na łamach “Biełorusskich Nowosti” ekonomista Alaksandr Czubryk (cytat za “Rz”).
Zdaniem krytyków tego pomysłu państwo “wylewa dziecko z kąpielą”, bo ściągalność nowego podatku jest niska, a przepis rodzi dodatkowe koszty.
“Opozycyjny ruch <Mów Prawdę>, na czele którego stoi była kandydatka na prezydenta Tacciana Karatkiewicz, próbował uzyskać od władz informację na temat kosztów wykrywania społecznych pasożytów. Pojawiło się bowiem podejrzenie, że państwo może wydawać na poszukiwanie <darmozjadów> więcej pieniędzy, niż uzyskuje z nałożonego na nich podatku. Ministerstwo ds. podatków odpowiedziało, że informacje te nie są przeznaczone do wiadomości publicznej” – napisała “Rzeczpospolita”.










